Jestem szalona, umiem ci mówić jedynie o tym, co czuję, a chciałabym mówić o tym, co widziałam: mianowicie kawalera; pytał nowin o tobie, pytał, czym rada z ciebie, patrz co za łaskawość! Chciałby, aby wszyscy przyjaciele kochali mnie tak jak on. Czy potrafisz to kiedy? Przyjechał wczoraj i wrócił dziś wieczór. Pojedziemy razem we czwartek do Auteuil47; poczciwy Cardon i p. Suard jadą z nami. Staw się punktualnie u mnie o wpół do pierwszej: przyjdź, drogi mój, przyjdź; pomyśl, że mogłam obiadować z tobą jutro i widzieć cię dziś wieczór. Bądź dobry, szlachetny; poświęć mi wszystkie chwile, które nie będą zajęte przyjemnością i sprawami; chcę, powinnam iść zaraz po nich; jeśli za wiele żądam, pozwól mi przynajmniej pragnąć tego.

Zgadłeś wybornie dziś rano: chciałam odpowiedzi twojej, a nie swojej książki. Dałby Bóg, abym za cenę wszystkich książek, jakie popełniono dotąd i do końca świata, mogła sobie zapewnić jeden twój list co dzień! Oto lektura, której bym pragnęła, chciałabym ciebie widzieć i słyszeć bez końca. Miły mój, kocham ciebie.

List XXXVIII

Poniedziałek wieczór

Mam odpowiedzieć na cztery listy; próbowałam pisać, nie sposób. Zajęta jestem tobą, nie wiem, czy cię kocham, ale czuję i czuję aż nadto, że mącisz, wstrząsasz mą duszę i to w sposób przykry i bolesny, kiedy cię nie widzę lub też kiedy nie podtrzymuje mnie przyjemność i napięcie oczekiwania. Opisałam ci, chciałam opisać urok, jaki ma dla mnie twoja obecność: ale, drogi mój, jakże wyrazy są słabe, aby oddać to, co się czuje tak silnie! Myśl znajduje słowa, dusza potrzebowałaby stworzyć sobie nowy język. Tak, to pewna, doznaję więcej wzruszeń, niźli istnieje słów dla ich oddania; w jaki sposób, w istocie, mogłabym ci wyrazić wszystko dobre i złe, które mi przynosisz? Twoja obecność ma taką władzę, taką moc, że daje mi nowe istnienie, nie zostawia nawet wspomnienia o tym, czym żyłam, nim ujrzałam ciebie. Jestem tak ożywiona, tak przeniknięta wrażeniem, którego doznaję, że mogę być szczęśliwa lub nieszczęśliwa już tylko przez ciebie. Kocham, cieszę się, lękam się, cierpię: ale ani pamięć przeszłości, ani przewidywanie przyszłości nie mają najmniejszego udziału w tych stanach. Miły mój, w czasie gdy wierzono w czary, wytłumaczyłabym stan, w jaki mnie wprawiasz, mówiąc, że rzuciłeś na mnie urok. Ale gdyby to było prawdą, gdybyś miał tę moc, jakże okrutnym byłaby z twej strony nie przedłużać złudzenia, które daje mi czuć bodaj przez kilka chwil, że życie może być dobrym. Tak, tobie zawdzięczam, iż znam, iż kosztuję przyjemności, która upaja duszę do tego stopnia, że odejmuje wszelkie uczucie przykrości, cierpienia. Ale pomyśl, czy mogę ci za to dziękować? Ten czar rozprasza się w chwili, gdy mnie opuszczasz; wchodząc z powrotem w mą duszę, czuję tym większy ucisk żalu i wyrzutów; strata, którą poniosłam, rozdziera mnie. Byłam kochana, i to kochana w sposób, jakiego wyobraźnia nie może dosięgnąć. Wszystko, co kiedy czytałam, jest słabe i zimne w porównaniu do uczucia pana de Mora: wypełniało całe jego życie; osądź, jak bardzo musiało zagarnąć moje. Sam ten żal wystarczyłby, aby wtrącić tkliwą duszę w rozpacz i niedolę. Ha! i oto okrutniej jeszcze gnębi mnie wyrzut, który ciąży na mej duszy; czuję się występną, niegodną szczęścia, którym się cieszyłam. Zbrodnia jednej chwili miażdży całe moje życie; zdaje mi się, że daremnie byłam uczciwą do godziny, gdy ciebie poznałam. Cóż znaczy w istocie to, czym byłam? Wiem, czuję, że chybiłam człowiekowi najbardziej zacnemu, tkliwemu, wiem, że chybiłam cnocie, słowem, chybiłam sobie samej, straciłam własny szacunek. Osądź, czy mogę sobie rościć prawo do twego szacunku, a jeśli mnie nie szanujesz, czyż podobna mi zaślepić się do tego stopnia, aby myśleć, że możesz mnie kochać? Przy tej znajomości samej siebie i refleksjach, które pociąga ona za sobą, czy myślisz, że może być nieszczęśliwsza istota? Och, drogi mój, ta ruchliwość duszy, którą mi zarzucasz i do której się przyznaję, zda mi się na coś jedynie wówczas, gdy ciebie widzę; ona to sprawia, że całe moje życie skupia się już tylko w jednym punkcie; żyję w tobie i przez ciebie. Ale poza tym, czy wiesz, na co służy ta ruchliwość? Abym w ciągu godziny doświadczyła wszystkich tortur, jakie mogą rozedrzeć i powalić duszę. Tak, to prawda, czuję niekiedy śmiertelny lęk, wyczerpanie, a równocześnie niemal konwulsje rozpaczy. Ta ruchliwość jest tajemnicą natury: przez nią żyję w ciągu jednego dnia z większym nasileniem, niż ogół ludzi przeżył, doszedłszy setnego roku. To prawda, że ta sama ruchliwość, która w nieszczęściu jest tylko jednym przekleństwem więcej, bywa niekiedy, w stanie spokoju, źródłem wielu przyjemności; jest to może środek, aby być miłą, ponieważ jest to sposób pobudzania ludzkiej próżności i głaskania miłości własnej. Sto razy czułam, iż powodzenie moje tkwi w mojej wrażliwości na urok i dowcip ludzi, z którymi bawię; na ogół ludzie lubią mnie jedynie dlatego, ponieważ mają uczucie, iż robią na mnie wrażenie: nigdy dla wrażenia, którego sami doznają. To dowodzi równocześnie i ubóstwa mego dowcipu, i żywości mej duszy; nie ma w tym spostrzeżeniu ani próżności, ani skromności; to tylko prawda.

Drogi mój, chcę ci odsłonić tajemnicę mego serca: mówisz, że myśl o rozłączeniu na cztery miesiące zrobiła na mnie małe wrażenie. Oto, co sobie obiecywałam po tym rozłączeniu: iż wróci mnie całkowicie mej boleści i niezwyciężonej odrazie do życia. Sądziłam, iż kiedy dusza moja nie będzie już bujać między nadzieją a rozkoszą widzenia ciebie, znajdzie aż nadto siły, aby mnie uwolnić od życia, które wówczas będzie dla mnie jedynie pasmem żalów i wyrzutów. Oto, przysięgam ci, myśl, która mnie zaprząta blisko od dwóch miesięcy. Ta czynna i głęboka potrzeba wyzwolenia się z moich cierpień podtrzymała mnie i broni jeszcze przeciw zgryzocie, którą sprawiłaby mi twoja nieobecność. Nie wyciągaj z tego wniosku, iż chcę ci dowieść, jak bardzo cię kocham; nie, miły mój; to dowodzi jedynie, iż czepiam się okruchów szczęścia i że one dają mi siłę do cierpienia. Powiedziałam ci już, te słowa są wyryte w mym sercu i głoszą mój wyrok: kochać ciebie, widzieć ciebie lub umrzeć. Możesz potem mówić, ile chcesz, o moim sentymentalizmie, dowieść, że stałam się godną wzgardy jedynie dlatego, że cię pokochałam, że zwątpiłeś o mym sercu jedynie dlatego, żem ci je oddała, iż uczyniłam ci ofiarę ze swego uczucia i uczciwości: wszystko to jest naturalnym następstwem i zapłatą niewierności i zdeptania czci. Jestem o tym głęboko przeświadczona: mogłeś zauważyć, iż nigdy nie starałam się zwalczać twego złego o mnie mniemania; nie zdaje mi się ono ani surowym, ani niesprawiedliwym. Ty jeden w całym wszechświecie masz prawo lekceważyć mnie i wątpić o sile i prawdzie uczucia, które ożywiało mnie przez pięć lat.

List XXXIX

Wtorek

Rozstałam się z tobą wczoraj wieczór, ponieważ bałam się znużyć cię, mówiąc tak długo o sobie. Jesteś mi tak przytomny, iż dręczyło mnie wręcz to, że mi nie przerywasz. Ale słuchaj mnie dzisiaj, dziś chcę ci mówić o tobie. Przede wszystkim, wierzaj, proszę, nie mam zamiaru czynić ci wymówek: nie przyznaję sobie prawa do nich, za nic nie chciałabym zresztą zrazić cię do siebie. Żyję tak bardzo tobą, iż wskutek tego dręczę się tysiącem rzeczy, które dla ciebie nie mają znaczenia. Trzeba kochać, aby odczuwać zło wyrządzane tym, którzy nas kochają. Ale wstępy są nudne, przejdźmy do faktów. Mój przyjacielu, chciałeś ukryć przede mną swoją podróż; jeżeli przedmiotem jej był tylko obowiązek grzeczności, czemu lękałeś się mówić o niej? A jeżeli ta podróż ma zranić moje serce, czemu ją podejmujesz? Jeżeli nie masz obowiązku kochać mnie, masz wobec samego siebie obowiązek być uczciwym i nie oszukiwać. Nigdy nie czuję w tobie oddania i ufności: zdawałoby się, że to, co mi mówisz, wyrywa ci się na wpół mimo woli. Wyjechałeś wczoraj i nie mogłam się dowiedzieć, gdzie będziesz nocował; nie wiem, gdzie jesteś, nie znam ani ciebie, ani twoich postępków48. Powiedz, czy to jest postępowanie najprostszej przyjaźni? I czy sądzisz, że nie dotknęło mnie boleśnie to, iż mając mnie opuścić dziś na cztery miesiące, nie chciałeś mi poświęcić ostatniego wieczoru, który miałeś spędzić w Paryżu? Gdybyś mnie kochał, widziałbyś ból, który mi zadajesz, kiedy mi powiedziałeś w sobotę, iż nazajutrz wybierasz się do pani d’Arcambal. Nie umiałam odpowiedzieć słowa, ale cierpiałam.

To nie wszystko, chcę ci powiedzieć jeszcze, co mam na sercu; tobie to nie zada bólu, a mnie przyniesie ulgę... Stawiasz mi przed oczy — niby jakąś zasługę — wszystko, czego nie czynisz dla pani de Montsauge; powiedz, czy to sprawiedliwie? Zapomniałeś tedy, żeś mi powiedział po dwadzieścia razy w zeszłym roku, że wyrzucasz sobie wszystko, coś czynił dla niej, byłeś najbardziej zdecydowany zerwać z nią zupełnie, nie widywać jej? Przypominam sobie, iż zwalczałam to postanowienie, a wówczas wiesz dobrze, że nie oczekiwałam szczęścia od ciebie; wiesz także, iż mimo zmiany okoliczności nie zmieniłam mego stanowiska. Czy rzekłam kiedy słowo, aby cię odwrócić od tego stosunku? Czy starałam się oziębić cię, oddalić od niej? Bez wątpienia uczyniłam tylko to, com powinna, ale też czy nie jest brakiem delikatności żądać ode mnie wdzięczności za to, iż podział nie jest absolutnie równy? Mój przyjacielu, istnieje między nami ta różnica: ona cię kochała, a ja cię kocham. Wobec tego nie ma mowy o poświęcaniu.