Mój przyjacielu, kochałam cię nadto i nie dosyć: tak więc zyskaliśmy oboje na zmianie, która zaszła we mnie. To ani twoje dzieło, ani moje. Widziałam jasno przez chwilę i w ciągu mniej niż półgodziny odczułam ostatni kres bólu, zgasłam i zmartwychwstałam; a co niepojęte, to iż, przyszedłszy do siebie, odnalazłam już tylko pana de Mora. Wyczerpanie mego mózgu wymazało zeń wszelki inny ślad: i niechże kto mówi potem o spirytualnym charakterze duszy, o jej nieśmiertelności, och, biedny automat! Ty, mój przyjacielu, który kwadrans przedtem wypełniałeś całą mą myśl, przez więcej niż dwadzieścia cztery godzin nie nastręczyłeś się jej ani razu; a później spostrzegłam, że moje uczucie jest tylko wspomnieniem.
Przetrwałam kilka dni, nie odnalazłszy siły cierpienia ani kochania; później odzyskałam wreszcie ten rozsądek, który pozwala oceniać wszystko mniej więcej słuszną miarą. On to daje mi uczuć, że jeżeli nie mogę już oczekiwać słodyczy, nie trzeba mi się też obawiać zbytnich nieszczęść. Odnalazłam spokój, ale nie łudzę się, to spokój śmierci. Za jakiś czas, jeżeli będę żyć, będę mogła powiedzieć jak ów człowiek, który żył samotnie od trzydziestu lat i czytał tylko Plutarcha; pytano go, jak się czuje: prawie tak szczęśliwy, jak gdybym już umarł, odpowiedział. Oto mój stan: nic z tego, co widzę, co słyszę, co czynię, co mam uczynić, nie może ożywić mej duszy nawet chwilowym zainteresowaniem; ten sposób istnienia był mi zupełnie nieznany. Jedna tylko rzecz w świecie sprawia mi przyjemność: to muzyka, ale to jest przyjemność, którą kto inny nazwałby cierpieniem. Chciałabym słyszeć dziesięć razy na dzień tę melodię, która mnie rozdziera i która daje mi się napawać wszystkim, co opłakuję.
Straciłem moją Eurydykę etc.
Chodzę bez ustanku na Orfeusza, sama. We wtorek jeszcze powiedziałam wszystkim, że wybieram się z wizytami, i poszłam zamknąć się w tej lóżce, którą znasz, gdzie jest dobra kanapka. Wróciwszy do domu wieczór, zastałam bilet hrabiego de Crillon; donosił mi, że miał poprzedniego dnia list od pana. Oczekiwałam go nazajutrz i spotkałam szczęśliwie u pani Geoffrin. Przeczytał mi pański list; wspominasz o mnie i wracasz do tego aż trzy razy: to bardzo uprzejmie, ale to jest zimniejsze, niż gdybyś mnie wcale nie wymienił. Ale rada jestem; takim właśnie pana pragnę. Mój Boże, jakże bym mogła wybredzać! Ja, która nie umiem, nie jestem zdolna już kochać inaczej, jak tylko z rozsądkiem i umiarkowaniem, których nigdy nie znałam!
Widziałam pana Turgot i mówiłam mu o obawach pańskich co do domen. Odpowiedział, że nic jeszcze nie postanowił, że pan de Beaumont, intendent finansów, zajmuje się tym i że na razie towarzystwom, które ksiądz Terray potworzył w tym celu, zabroniono wszelkiego działania. Pan Turgot upewnił mnie, że z chwilą, gdy otrzyma informacje od pana de Beaumont, powie mi, czy coś zamierzono lub postanowiono co do domen; ale na ogół ręczy mi, że będzie miał wielkie poszanowanie dla własności. Nie poprzestałam na tym; przedstawiłam pańską sprawę panu de Vaines, który odpowiedział wręcz: Niech będzie zupełnie spokojny; projekt księdza Terray nie uzyska nigdy aprobaty pana Turgot; ręczę za to. Oto, mój przyjacielu, dwie odpowiedzi, które mogą cię upewnić, a mimo że nie są równobrzmiące, znaczy to, o ile mi się zdaje, jedno i to samo. Posyłam ci wyrok, o którym już wspominałam; dołączam list pana de Condorcet, który tak mi się podobał, że dałam go skopiować. Drogi mój, nie dziękuj mi za pamięć, z jaką posyłam ci to, co mi zrobiło przyjemność; to nie dla ciebie, ale aby usłyszeć, co powiesz o tym, zostało mi bowiem wiele sympatii do twego umysłu: jest celny i prosty zarazem. Bądź zdrów.
List LV
Piątek 23 września 1774
Drogi mój, znęcam się nad tobą, piszę do ciebie, zasypuję cię listami. To jedyne zajęcie, które pozwala mi wierzyć że żyję jeszcze. Jakkolwiek sądzę, że być zupełnie umarłą jest lepszym stanem, mimo to gdy cierpię, miło mi zwrócić się jeszcze ku tobie. Jeżeli mnie nie zrozumiesz, usłyszysz przynajmniej, odpowiesz; ach, jak smutno nie mieć listu. Oto dwa kuriery przepadły: poniedziałek i środa i to ja sama wyrządziłam sobie tę krzywdę, mimo bowiem że nie kochasz mnie, byłbyś nadal pisywał regularnie. Ha! dobry Boże, jakież szaleństwo mnie ogarnęło! Kochałam cię i nienawidziłam z istną furią: był to bez wątpienia ostatni spazm duszy, która miała zamrzeć na zawsze; od tego bowiem czasu nic o niej już nie słyszałam, nie wiem, co się z nią stało. Sądziłam, że napiszesz we środę do pana d’Alembert: za powrotem do domu, pierwszym mym słowem było pytanie, czy nie miał listu. Nie umiał odpowiedzieć, ma bowiem roztropny zwyczaj otwierać listy dopiero rano. Przekonałam się natychmiast, że nie ma nic od ciebie, i stan mój pogorszył się tak dotkliwie, że musiałam się uciec do kojących środków. Wreszcie siłą rozsądku i rozumowania osiągnęłam nie to, aby się nie troszczyć, ale aby się nie dręczyć. Czemu powiadasz, że dostajesz listy tylko raz na tydzień, kiedy poczta przychodzi do Paryża trzy razy? Ale na co mi się to zda, jeśli do mnie nie piszesz, jeżeli w sobotę będzie to samo co w poniedziałek i we środę? Jedynie obojętność jest niema: gdybyś miał do mnie żal, gdybyś mnie nienawidził, sprawiałoby ci przyjemność mówić mi to. Słowem, musiałeś wydać na mnie wyrok, skoro nie czujesz potrzeby wytoczenia mi sprawy.
Dałam właśnie panu de Vaines paczkę dla pana. Weźmiesz mnie za wariatkę, znajdując w niej „Gazetą Francuską”; ale jest tam artykuł, który będzie panu po myśli. Jak nie odczuwać ulgi, widząc, iż dozna jej tylu nieszczęśliwych? Jedynie już tylko ten rodzaj zainteresowania dociera do mej duszy. Nieszczęście, och! słowo to ma wielką władzę nade mną. Zdaje mi się, pisałam panu, że byłam ostatnimi dniami z panią de Chatillon u Inwalidów. Wyszłam złamana: nie mogłam uczynić kroku, aby nie ujrzeć najboleśniejszego widowiska: ślepi, okaleczeni, twarze przerażające ranami, potrzaskane szczęki... Och, Boże, mówiłam sobie, wszystko, co oddycha tutaj, cierpi i to nie są cierpienia wyobraźni; to nie są ludzie, którzy się kochają, którzy się dręczą, to nie brak listów: to nie są nawet żale, iż się straciło to, co było najbardziej drogie; to cierpienia fizyczne, które po równi przygniatają wszystkich ludzi. Mój przyjacielu, wszystkie te refleksje rozdzierały mnie, powiadałam sobie: jestem tedy jeszcze nieszczęśliwsza niż wszyscy, mogłabym bowiem pocieszyć, ukoić, wesprzeć tych nieszczęśliwych mą opieką, zainteresowaniem, oni zaś nic nie mogą dla mnie; nie znają nawet języka mąk, które cierpię. Jedyny człowiek, który mógłby mnie pocieszyć, to ten, który ciąży jeszcze nad mą boleścią; rozdziera mą ranę, a gdybym się skarżyła, nie słuchałby mnie. Oto, drogi mój, co mnie zaprzątało, podczas gdy pani de Chatillon chodziła, oglądała, wypytywała. Nie widziała nieszczęścia nigdzie, ponieważ nie miała go w duszy; była spokojna i ciekawa: doskonały stan, aby się bawić lub uczyć, a jedno i drugie jest już nie dla mnie.
Wiesz, że pan de Muy żeni się w tych dniach z panną de Saint-Blancard, niemiecką kanoniczką, którą poznałeś może w czasie ostatniej wojny. Powiadają, że jest miła, że była ładna i że kocha pana de Muy. To małżeństwo daje mi wyborne mniemanie o charakterze pana de Muy: doskonały sposób zużytkowania majątku. Hrabia de Broglie jest w Ruffec; czy to daleko od Montauban? Byłabym nierada, aby pan tam jechał; znów by roztrząsł panu głowę, a nie dałby żadnego środka, aby doprowadzić do skutku projekty, które by w panu rozbudził. Mój przyjacielu, trzeba się uspokoić, trzeba odwiedzać często pana de Muy; trzeba, aby cię poznał, a jeśli ma rozum, zechce się wspomóc twoją wiedzą i talentem. Niech pan zwłaszcza sprowadzi z powrotem ojca; obecność jego będzie panu użyteczna, a zresztą jeżeli nadzieje jego fortuny mogą się poprawić, trzeba, aby był na widoku: ludzie nie zwykli szukać zasługi w ukryciu.