Och! nie, nie myśl, że idę za twoją radą i szukam wzorów w romansach pani Riccoboni; kobiety, które sprowadzi na manowce płochość lub rozpusta, mogą w istocie postępować wedle maksym i zasad romansów. Łudzą się co do samych siebie; sądzą, że są dobre i wspaniałomyślne, wówczas gdy są jedynie chłodne, nikczemne i godne wzgardy; nie kochały, nie umieją nienawidzić: słowem, znają jedynie miłostki, dusza ich nie zdołała wzbić się do wyżyn uczucia i namiętności i sama pani Riccoboni nie wzniosła się do tych wyżyn nawet wyobraźnią.

Mój Boże! jakże mnie zraniłeś przyrównaniem mego nieszczęścia do tej sytuacji z romansu! Jak mi się to wydało zimne i małe! Ileż byłam w swoich oczach wyższa od ciebie, czując się zdolna do uczucia, którego ty nie możesz nawet sądzić! Ale trzeba zakończyć ten długi list, który pozwoli ci wyrobić sobie zdrowy sąd o mym obecnym stanie. Zdałam ci sprawę ze wszystkiego, com przeszła; uczyniłam to ze szczerością, jaką zawsze miałam wobec ciebie. Na podstawie tej samej szczerości, która mi jest święta, nie powiem ci, iż pragnę twej przyjaźni, ani że ją mam dla pana: to uczucie może mieć słodycz i urok jedynie wówczas, kiedy jest oparte na szacunku i ufności, a wiesz chyba, czy twoje postępowanie mogło je obudzić. Bądź zdrów, daruj mi odruch dumy i zemsty, znajduję przyjemność w powiedzeniu ci, że ci przebaczam i że nie jest już w twej mocy być dla mnie niebezpiecznym. Dołączam tu trzy listy, które proszę, abyś przeczytał; nie iżbym rościła sobie pretensje ani chciała obudzić w tobie żal albo współczucie; ale chcę, byś zadrżał bodaj jeden raz, patrząc na nieszczęścia, jakieś sprawił. Oby to wspomnienie mogło cię uczynić lepszym!

Żądam, a sumienie powie ci, że mam prawo, abyś mi odesłał te cztery listy na ręce pana de Vaines, w kopercie pod podwójnym adresem, odwrotnym kurierem.

List CXX

Poniedziałek wieczór, 3 lipca 1775

Do chwili sobotniej poczty napisałam do pana cały tom i nie przepuszczę ci tego, mimo że twój list kazał mi odmienić nie sposób myślenia, ale sposób czucia. Zdumiałam się wszelako, czytając, iż masz jedynie pozory winy wobec mnie i że nieszczęście moje poruszyło twe współczucie; i to ty wymawiasz te słowa, i to mnie twój brak serca i niesprawiedliwość każą umierać z boleści! Och, Boże, gdzież znaleźć siłę, której bym potrzebowała? Dusza moja nie umie już odpocząć, ustalić się. Nie nienawidzę cię, trawię czas na tym, aby cię potępiać, cierpieć, przeklinać życie, do którego mnie przykułeś.

Och! po cóż cię poznałam? Po co uczyniłeś mnie tak występną i nieszczęśliwą? I ty mówisz chłodno, że jestem nieszczęśliwa! Nic ci nie daje odczuć, iż to ty uczyniłeś me nieszczęście nieodwołalnym? I to milczenie rozpaczy, przygnębienie śmierci, śmiesz nazywać niegodnym kaprysem!

Niestety! kochałam ciebie z takim oddaniem, dusza moja była tak oderwana od wszystkiego, co nie było miłością, iż niesłychanym jest, abyś nazywał kaprysem odruch, który oddala mnie od ciebie. Jak to! nie znasz nawet języka uczucia, które mnie ożywia? W tej samej chwili, w której chcesz jak gdyby przyciągnąć mnie do siebie, ranisz me serce, nękasz mą duszę twymi wyrażeniami. Bacz, aby to nie było nie tylko pogwałceniem delikatności, ale uczciwości, jeśli ty skarżysz się na mnie, wówczas gdy ja ginę przez ciebie. Powiadasz, że to nie żal ani wdzięczność sprawiają, iż mnie prześladujesz, ale najbardziej tkliwe uczucie! Ha! gdyby ono było prawdziwym, byłażbym teraz na dnie nieszczęścia? Nie, mylisz się, jak sądzę; nie podzielasz mego uczucia, nie czujesz nawet potrzeby być kochanym tak, jak ja kocham, ale ot, kosztuje cię nieco wyrzec się tego, by być pierwszym, jedynym przedmiotem namiętnej i gorącej duszy, która wnosi, jeżeli nie urok, to przynajmniej ruch w twoje życie.

Tak, człowiek najbardziej nawet lekki i powierzchowny czuje pewną pustkę, kiedy przestanie być przedmiotem miłości duszy dość silnej, by cierpieć, a dość tkliwej, by wszystko przebaczyć. Nie byłam dość szlachetna ani dość obojętna, aby ci przebaczyć mękę, która mnie rozdziera, ale miałam tyle rozsądku, aby szukać spokoju w milczeniu; dusza moja była tak chora, iż miałam nadzieję, że potrzeba spoczynku sprowadzi mnie łagodnie do obojętności. Nie uważałam za niemożliwe, iż skoro przestanę cię widywać i mówić do ciebie, stracisz wreszcie władzę nade mną, przestaniesz mącić mój rozum i wstrząsać mą duszę. Dobry Boże, na cóż ty chcesz używać tego wpływu? Bez wątpienia na nieszczęście mego życia, a gdybyś był uczciwym i na nieszczęście swego; trzeba bezmiaru miłości własnej, której nie umiałabym podsycić, aby chcieć podtrzymywać uczucie, którego się nie jest zdolnym podzielać.

Wiesz dobrze, że dusza moja nie zna umiarkowania; chcieć więc zajmować mnie tobą, znaczy skazywać mnie na męki potępionych. Chciałbyś niemożebności: abym cię kochała do szaleństwa i aby rozsądek miarkował wszystkie me postępki; czy to istnieje w przyrodzie? Jedynie uczucia, które się czerpie z głowy, mogą być doskonałe, a wiesz dobrze, czy ja umiem cośkolwiek udawać! czy chcę się w cokolwiek stroić! czy chciałabym zawdzięczać szczęście całego życia postępowaniu, którego by mi nie dyktowała tkliwość mego uczucia lub też gwałtowność namiętności! Wiesz przecie, widzisz, nie panuję nad rozumem wobec istoty, którą kocham.