Helion

Powiedziałbym doń jak stary Raymond w Tassie: dostań sobie gdzie innego miecza! — Albo jak Tankred: jedź i wylecz się z ran, a po pięciu dniach staw mi się na nowo do walki!

Tłumacz Słowa

Na zwierzęcą naturę, choć rozpaloną walki pożarem, włożyłeś więc już munsztuk honoru? Rycerstwo więc było drugim męczennictwem cielesnej natury — podniesieniem nowym Ducha nad ciało? — Jak sądzisz?

Helion

Uważając tylko wyrób Ducha za Cel Ostateczny w ludzkości nie zaprzeczę, że rycerze, chcąc Turka zwyciężyć, sami siebie zwyciężyli...

Tłumacz Słowa

Duch więc oto twój po tym drugim żywocie ma w sobie pełno świętych widzeń z przeszłego męczennictwa i pełno rycerskich marzeń — i jeszcze jakieś słońce świętej piękności nad sobą: niepojęte, zamglone źródło wszelkich zachwyceń... Więc znów cierpi, że zaczerpnąwszy zachwycenia z niewidzialnej, duchowej krainy — nie może się tą pięknością z ludźmi podzielić, ani jej wlać w drugie Duchy; albowiem o mocy duchowej natury Chrystusa jeszcze nie myśli, ani o bezpośrednim działaniu Ducha na Duchy. Czuje siłę jakąś w sakramentach, ale używa jej raczej do uspokojenia wnętrznej istoty — do uśmierzenia tego głosu sumiennego, który jeszcze głośno krzyczy za każde cielesne przestępstwo. — Jakże więc wyleje z siebie tę część mocy wezbranej już nad czarę cielesną? Sądzę, że znów weźmie się do lutni albo wynajdzie lepsze jeszcze dla Ducha narzędzie: kolory. Ten sam święty Antoni musiał kiedyś w łańcuchu żywotów wymalować swoje własne, święte widzenia, w przeszłości mgłę odlatujące — i piękniejsze, bo niespodziewanie zjawione. Z siebie dostawał Madonny Rafael, a myślał, że mu z niebios, jako słońca, przylatywały. Logika więc postępu tłumaczy ci malarstwo twoje — dziecinne i śnione, a dawniej wielkie i święte: które zaczęło na dnach złotych pokazywać nigdy niewidziane twarze; potem z tych twarzy ciskać błyskawicami czucia; potem tymi twarzami świecić, jakoby słowa boże zapaliwszy... a potem gasnąć i zamieniać się w formę — w płótna, podobne błękitowi niebios, na którym żadne już gwiazdy nie świecą oprócz ostatniej gwiazdy Lucyfera, która — jak wiesz — snom niewyraźnym o nowej piękności przewodniczy... Otóż więc jest i malarstwo twoje — razem z Dantejskim malarstwem i z malowaniem boskiej myśli przez architekty kościołów (bo to wszystko jest jedno) — spełnione już przez ludzi i zepchnięte drogą dalej idącą w przepaść przeszłości, gdzie odpoczywają formy dawne, piekłem będąc Duchowi, który by powrócić do nich zechciał, a niebiosami dla tych, którzy jeszcze niżej stoją i przez nie przechodzić muszą — przez pierwszych często już wzgardzone, przez drugich jeszcze czasem niezrozumiane... Oto więc wpadliśmy na drugą, estetyczną metempsychozę161, która by nam wiele do sądu sztuk pięknych pomogła. — Ale nie puszczajmy się w tę drogę, abyśmy jedynej nici logicznej, wiodącej nas przez te labirynty — to jest, dziecinnej powiastki twojej nie stracili! Mówiłeś mi, że nagle stałeś się chciwy nauk i wiedzy książkowej: obrazowie162 mówiąc, uciąłeś skrzydło czucia — a drugie skrzydło myśli podniosłeś do lotu. Zdaje się, że twój Duch, sto razy z grobu wrócony, trzy razy oszukany — rozgniewał się na własne uczucie. Wiek ludzkości przypadł ci do odżycia właśnie w siedemnastym roku żywota twego. Zda mi się, że tej bliższej ludzkości tłumaczyć nie potrzebuję; wytłumaczę ci tylko jeden dziwny fenomen — a niepostrzegany dotąd przez ludzi: oto, że Duch często, z czucia pracując, tworzy formy i narzędzia, którymi się później wiedza posługuje; i przeciwny, a przez łaskę bożą sprawiony skutek, że ludzie, tworząc z formy formę dla ciała — walą na siebie po Samsońsku te ogromne kościoły, aż pojmą, że one były dla Ducha stawiane i Duchem mają być napełnione i podparte. Patrz na kwadrat żołnierzy! — myśl go wynalazła, ale dziwi się sama skutkowi budowy — to jest, tej mocy, która z niego wytryska i często nawet strzały harmatnie wyprzedza. Jedną z dróg Ducha naszego, do Finalnych Celów wiodącą — będzie to zapewne zespolenie się Duchów w jednej idei i miłości bożej; szyk więc wojskowy już jest formą stapiającą w posąg jeden różne Duchów natury.

Mówiłeś mi o magnetyzmie. — Wykradzenie to jest takie i złodziejstwo przeciwko Duchowi Bożemu w ludziach uczynione; grzech gorszy dla tych ludzi, z ciała czyniących po szatańsku rzecz dla anielskich Duchów zostawioną — gorszy niż owe cielesne przestępstwo przeciwko naturze, za które miasta całe były karane piorunem... Albowiem widzisz, że podłość natury, wdarłszy się w boskie tajemnice, wywodzi na jaw rzeczy święte i moc Ducha: tę siłę, która jest z miłości bożej dla Duchów wielkich i świętych, która je miłością łączy około najpełniejszego miłości człowieka — zastosowuje do celów ohydnych... Widzisz to zaczepianie Ducha — to głaskanie jego oczyma, które są w palcach magnetyzera — to nareszcie uśpienie cielesne a niewolnictwo Ducha, gorsze stokroć niż dawny, cielesny helotyzm. Bo gdybyć163 pan jaki, z ciała mocniejszy, okuł w łańcuchy i do taczek zaprzągł i pod chłostą kazał pracować — to wszakżebyś miał Ducha wolnego i niestarte na nim Chrystusowe znamiona i wolność wnętrzną myśli i czucia; gdy tu — w wężowe łańcuchy ujęty — podlejszemu często Duchowi jesteś połową i niewolnikiem, wszystkie plamy uczuć jego na ciebie przechodzą, cała ohyda zbrodni na obojgu spada. — Z Ducha więc — mój Helionie pracuj, sądząc rzeczy, dziś podług świata winne lub niewinne! A ujrzyj, że w konfesjonałach najohydniejsze grzechy uszły słuchowi kapłana; gdy przeciwnie — znajdziesz nieraz rzecz potępioną, wynalazek przez ludzi klęty, okazujący się tobie jako narzędzie przez Boga dopuszczone, aby stało się zgnieceniem ciał, a większą w postępie dla Ducha nauką! Patrz — jak ów wynalazek palnej broni, przez Orlanda Szalonego w morze rzucony, przyprowadził Duchy do tej wysokości, że już bez żadnego zapału krwi walką rozgrzanej, ale cicho i spokojnie składają ofiarę z organizacji obowiązkowi! Zaprawdę, gdybyś Rzymianinowi takiemu, jak Mucjusz Scewola, zdolnemu dłoń swoją położyć na żarze, powiedział o spokojności dzisiejszego żołnierza, który przez całe godzin dwanaście ogień harmatni wytrzymuje — i czasem dwunastej godziny z ziemi zostaje porwany w ręce anielskie podobnych mu Duchów — Scewola odrzekłby, że to się bez cudu stać nie mogło; że taka spokojność nie jest w ludzkiej naturze; że takiej tortury, przez dwanaście godzin pod ciosem śmierci człowieka trzymającej, nigdzie nie wymyślono i Pan Olimpu nigdy wymyślić nie dopuści. I zaprawdę, gdyby nasz Ojciec niebieski o Ducha ludzkiego nie troszczył się i o sprawę swoją nie dbał na ziemi, a litował się nad szkodą ciał — na wynalazek ten — i na inne — jużby spuścił deszcze siarczane i pioruny swoje wszystkie wyrzucił i morza sprowadził na zatarcie śladów ludzkości... A ty — Helionie — który w pracy tej pracującego rozumu niejedną odkryłeś tajemnicę; ty, co może dziś mógłbyś stanąć w kapocie drukarza między bogami Olimpu i Jowisza nazwać się bratem, piorun mu w ręku ludzkim pokazując; ty, któryś horyzontami rozszerzył świat widzialny, a z całą Polską ręce podniósłszy do niebios — prosząc o Ducha Bożego i łaskę Jego w przyszłości — słońce znalazłeś między rękami i pokazałeś je ludziom stojące... a potem ogień zaprzągł do wozów, okrętom go zrobił skrzydłami, w domach roboczych jako niewolnika do pracy zasadził — ty, mówię, dziękuj Panu, że ci pozwolił jednym skrzydłem rozumu do takiej wielkości dolecieć — i proś teraz o Ducha Bożego!...

A teraz, moja Helois — Egipcjanko moja! — oto brat twój, Helion, przemądrzały poznał, że czucie i wiedza mają być razem do lotu użyte. I oto Duch jego dawno już przyoblekał ciało w tej ogromnej respublice164, gdzie wokoło wrzały wulkaniczne siły Ducha Bożego. Postawił nawet dwa ogromne posągi, twoim dawnym, śpiewającym kolosom podobne — posągi, będące formą przyszłego Ducha, które mają ten rozmiar, że przez ludzi, z ciała budujących, napełnione być nie mogą, ale są posągami Sfinksowymi przyszłości: obiór jednego przez wszystkich i zaprzeczenie wszystkim przez jednego. — Z Ducha je weźcie, a nie będziecie więcej tych kolosów o zgubę waszą oskarżać ani przeklinać, ale je obaczycie w blasku waszej przyszłości; a każdy Duch, nim wejdzie do niebios, musi przejść przez nie — to jest, być jeszcze dawnym Polakiem...