Handel Płazami znajdował się w większości w rękach Syndykatu Płazów, który używał do tego własnych, specjalnie w tym celu skonstruowanych statków-cystern. Centrum owego handlu i swego rodzaju giełdą Płazów był Salamander Building w Singapurze46.

Przy rosnących obrotach w eksporcie Płazów powstał jednak także dziki handel. Syndykat Płazów nie mógł kontrolować i prowadzić wszystkich wylęgarni, które nieboszczyk kapitan van Toch rozsiał zwłaszcza po drobnych i odległych wyspach Mikronezji, Melanezji i Polinezji, toteż wiele zatok pozostawiono samym sobie. W rezultacie obok racjonalnego chowu Salamander istniały zakrojone na szeroką skalę połowy dzikich Płazów, przypominające pod wieloma względami dawne wyprawy na wieloryby. Był to połów poniekąd nielegalny, ale ponieważ nie istniały przepisy odnośnie ochrony Płazów, ścigano go najwyżej jako bezprawne wkroczenie na wody terytorialne tego czy innego państwa. Ponieważ jednak Płazy na tych wyspach mnożyły się na potęgę i wyrządzały tubylcom tu i ówdzie pewne szkody na polach i w sadach, te dzikie odłowy Płazów milcząco uważano za naturalną regulację ich populacji47.

Oprócz dobrze zorganizowanego handlu Płazami i szerokiej propagandy prasowej największą zasługę dla rozprzestrzenienia się Płazów miała olbrzymia fala idealizmu technicznego, która w tym okresie zalała cały świat. G. H. Bondy dobrze przewidywał, że duch ludzki zacznie teraz ogarniać nowe kontynenty i nowe Atlantydy. Przez cały Wiek Płazów panował wśród umysłów ścisłych żywy i owocny spór, czy mają powstawać lądy ciężkie, z żelazobetonowymi brzegami, czy lekkie, usypane z morskiego piasku. Niemal codziennie powstawały nowe gigantyczne projekty: włoscy inżynierowie proponowali po pierwsze wybudowanie Wielkiej Italii, zajmującej niemal cały obszar Morza Śródziemnego aż po Trypolitanię, Baleary i Dodekanez, a po wtóre założenie nowego lądu, tak zwanej Lemurii, na wschód od Somali Włoskiego, która zajęłaby cały Ocean Indyjski. W rzeczywistości przy pomocy całej armii Płazów została usypana nowa wysepka naprzeciwko somalijskiego portu Mogadiszu, na obszarze trzynastu i pół akra. Japonia zaprojektowała i częściowo zrealizowała budowę nowej dużej wyspy w miejscu dawnego archipelagu Mariany i przygotowywała połączenie archipelagów Karoliny i Marshalla w dwie wielkie wyspy, które miały się nazywać Nowy Nippon; na każdej z nich miał nawet powstać sztuczny wulkan, który przypominałby przyszłym mieszkańcom świętą Fudżijamę. Mówiono również, że niemieccy inżynierowie budują potajemnie na Morzu Sargasowym ciężki betonowy ląd, który ma być przyszłą Atlantydą i który mógłby ponoć zagrażać francuskiej Afryce Zachodniej; zdaje się jednak, że doszło jedynie do położenia fundamentów. W Holandii zabrano się do wysuszania Zelandii. Francja połączyła na Gwadelupie Grande Terre, Basse Terre i La Désirade w jedną szczęśliwą wyspę. Stany Zjednoczone zaczęły budować na 37 południku pierwszą wyspę napowietrzną (dwupoziomową, z ogromnym hotelem, stadionem sportowym, lunaparkiem i kinem na pięć tysięcy widzów). Po prostu wydawało się, że padły ostatnie granice, które ludzkiemu rozmachowi stawiały światowe morza. Nastała radosna epoka wspaniałych planów technicznych. Człowiek uświadamiał sobie, że dopiero teraz staje się Panem Świata, dzięki Płazom, które wstąpiły na światową arenę we właściwym momencie i, by tak rzec, z dziejową koniecznością. Bez wątpienia nie doszłoby do tego niezmiernego rozprzestrzenienia się Płazów, gdyby nasz techniczny wiek nie przygotował dla nich tylu zadań do wykonania i tak ogromnego pola do stałego zatrudnienia. Przyszłość Robotników Morza zdawała się teraz zapewniona na wieki.

Znaczny udział w korzystnym rozwoju handlu Płazami miała także nauka, która natychmiast zwróciła uwagę na badanie Płazów zarówno od strony cielesnej, jak i duchowej48.

Dzięki temu naukowemu badaniu ludzie przestali uważać Płazy za jakiś cud. W obiektywnym świetle nauki Salamandry straciły wiele z pierwotnego nimbu nadzwyczajności i wyjątkowości. Stawszy się przedmiotem psychologicznych testów, wykazywały bardzo przeciętne i mało interesujące właściwości; ich wielkie zdolności odesłano do krainy bajek. Nauka ukazała Normalną Salamandrę, która okazała się stworzeniem całkiem nudnym i dosyć ograniczonym. Tylko gazety jeszcze czasem donosiły o Cudownym Płazie, który potrafi w pamięci mnożyć pięciocyfrowe liczby, ale to też przestało ludzi bawić, zwłaszcza kiedy się okazało, że przy odpowiednim ćwiczeniu może się tego nauczyć także normalny człowiek. Ludzie po prostu zaczęli uważać Płazy za coś równie oczywistego jak maszyna licząca albo inny automat. Nie widzieli w nich już niczego tajemniczego, co wynurzyło się z nieznanych głębin bóg wie czemu i po co. Ponadto ludzie nigdy nie uważają za tajemnicze tego, co im służy i przynosi korzyść, lecz tylko to, co im szkodzi albo zagraża. A Płazy, jak się okazało, były stworzeniami bardzo — i to wszechstronnie — użytecznymi49.

Koniec końców, jest czymś zgoła naturalnym, że Płazy przestały być sensacją, skoro było ich na świecie kilkaset milionów; powszechne zainteresowanie, które wywoływały, dopóki były jaką taką nowinką, wybrzmiewało jeszcze jakiś czas w filmowych groteskach (Sally i Andy, dwie miłe Salamandry) i na scenach kabaretowych, gdzie śpiewacy i subretki, obdarzeni wyjątkowo kiepskimi głosami, występowali w rolach skrzeczących i gramatycznie nieporadnie wyrażających się Płazów. Gdy tylko Płazy stały się powszednim zjawiskiem, zmieniła się, by tak rzec, ich problematyka50.

To prawda, że wielki szum wokół Płazów wkrótce ucichł, ustępując miejsca czemu innemu i w pewnej mierze poważniejszemu, a mianowicie Problemowi Płazów. Prekursorką w zakresie owego Problemu — jak już nieraz bywało w historii ludzkiego postępu — była kobieta. Była to Mme Louise Zimmermann, dyrektorka pensjonatu dla dziewcząt w Lozannie, która z niezwykłą energią i niesłabnącym entuzjazmem propagowała na całym świecie swe szlachetne hasło: „Dajcie Płazom porządne szkolne wychowanie51!”. Długo spotykała się z niezrozumieniem społeczeństwa, gdy niestrudzenie zwracała uwagę z jednej strony na wrodzoną funkcjonalność Płazów, z drugiej zaś na zagrożenie, które mogłoby powstać dla ludzkiej cywilizacji, gdyby Salamandrom nie zapewniono starannego wychowania moralnego i intelektualnego. „Jak rzymska kultura zanikła na skutek najazdu barbarzyńców, zanikłaby i nasza oświata, gdyby stała się wyspą w morzu stworzeń duchowo ujarzmionych, którym odmawia się udziału w najwyższych ideałach współczesnej ludzkości!”. Tak wołała proroczo na sześciu tysiącach trzystu pięćdziesięciu siedmiu wykładach, które wygłosiła w kobiecych klubach w całej Europie i Ameryce, a także w Japonii, Chinach, Turcji i innych krajach. „Jeśli kultura ma się utrzymać, musi być udziałem wszystkich. Nie możemy w spokoju cieszyć się darami naszej cywilizacji ani owocami naszej kultury, dopóki wokół nas istnieją miliony nieszczęsnych, cichych istot, sztucznie utrzymywanych w stanie animalnym. Tak jak hasłem dziewiętnastego wieku było Wyzwolenie Kobiet, hasłem naszego stulecia musi być: Dajcie Płazom porządne szkoły!” I tak dalej. Dzięki swej erudycji i niewiarygodnemu uporowi Mme Louise Zimmermann zmobilizowała kobiety całego świata i zebrała wystarczające środki finansowe, żeby założyć w Beaulieu (pod Niceą) pierwsze liceum dla Płazów, w którym kijanki Salamander pracujących w Marsylii uczono francuskiego języka i literatury, retoryki, dobrych obyczajów, matematyki i dziejów kultury52.

Nieco mniejszym powodzeniem cieszyła się Dziewczęca Szkoła dla Płazów we francuskim Menton, gdzie głównie lekcje muzyki, kuchni dietetycznej i delikatnych prac ręcznych (przy których Mme Zimmermann obstawała ze względów pedagogicznych) spotykały się z ewidentnym brakiem uległości, o ile nie z konsekwentnym brakiem zainteresowania młodych licealistek. Natomiast pierwsze publiczne egzaminy Młodych Płazów zakończyły się takim zdumiewającym sukcesem, że natychmiast (z funduszy towarzystw ochrony zwierząt) założono Politechnikę Morską w Cannes i Uniwersytet Płazów w Marsylii; tu później pierwszy Płaz uzyskał stopień doktora praw.

Kwestia wychowania Płazów zaczęła się teraz rozwijać szybko i normalną koleją rzeczy. W stosunku do wzorowych Écoles Zimmermann bardziej postępowi nauczyciele podnieśli wiele poważnych zarzutów. Twierdzono zwłaszcza, że przestarzałe humanistyczne szkolnictwo przeznaczone dla ludzkiej młodzieży nie pasuje do wychowania młodych Płazów. Zdecydowanie potępiano nauczanie literatury i historii, doradzając, by jak najwięcej miejsca i czasu poświęcano praktycznym i nowoczesnym przedmiotom, takim jak nauki przyrodnicze, pracy w warsztatach szkolnych, zajęciom technicznym, wychowaniu fizycznemu i tak dalej. Ta tak zwana Szkoła Reformowana czyli Szkoła Praktycznego Życia była z kolei namiętnie zwalczana przez zwolenników klasycznego wykształcenia, którzy głosili, że Płazom można przybliżyć dobra ludzkiej kultury tylko na podstawach łacińskich i że nie wystarczy nauczyć je mówić, jeśli nie nauczymy ich cytować poetów i przemawiać z cycerońską erudycją. Powstał na tym tle długotrwały i dosyć burzliwy spór, który został w końcu rozstrzygnięty w taki sposób, że szkoły dla Salamander zostały upaństwowione, a szkoły dla ludzkiej młodzieży zreformowane tak, żeby jak najbardziej zbliżyły się do ideałów Szkoły Reformowanej dla Płazów.

Naturalnie także w innych krajach rozległo się wołanie o właściwe i obowiązkowe nauczanie dla Płazów pod nadzorem państwowym. Doszło do tego stopniowo we wszystkich krajach nadmorskich (z wyjątkiem Wielkiej Brytanii). A ponieważ szkoły dla Płazów nie były obciążone starymi klasycznymi tradycjami szkół ludzkich, mogły stosować wszystkie najnowsze metody psychotechniki, wychowania technologicznego, szkolenia paramilitarnego i inne osiągnięcia pedagogiczne ostatnich lat. Rozwinęły się one wkrótce w najnowocześniejsze i najbardziej postępowe szkolnictwo na świecie, które słusznie było przedmiotem zazdrości wszystkich pedagogów i uczniów ludzkich.