— To będzie on, panie Vantochu. Przecież nie widział go pan tyle lat.

Yeah, masz rację — przyznał kapitan. — Czterdzieści lat, chłopcze. To możliwe, że ten Gustl już będzie duży. A kim on jest?

— Prezesem zarządu firmy MEAS. Wie pan, to ta wielka fabryka kotłów i tego typu rzeczy. No i prezesem ze dwudziestu spółek i karteli. Wielkie z niego panisko, panie Vantochu. Nazywają go kapitanem naszego przemysłu.

— Kapitanem — zdziwił się Captain van Toch. — A więc nie jestem jedynym kapitanem z Jevíčka! Psiakrew, to ten Gustl też jest Captain. No to muszę się z nim spotkać. A czy on ma pieniądze?

— Jeszcze ile! Mnóstwo pieniędzy, panie Vantochu. Na bank będzie miał kilkaset milionów. To najbogatszy człowiek u nas.

Kapitan van Toch spoważniał.

— I też Captain. Dziękuję ci, chłopcze. Popłynę do niego, do tego Bondego. Yeah, Gustl Bondy, I know. Taki Żydek z niego był. A teraz to jest Captain G. H. Bondy. Yeah, yeah, jak ten czas leci — westchnął melancholijnie.

— Panie kapitanie, my już musimy iść, żeby nam nie uciekł wieczorny pociąg.

— Odprowadzę was do portu — powiedział kapitan i zaczął się zbierać. — Bardzo się cieszę, że przyjechaliście, panowie. Znam jednego redaktora w Surabaja, dobry chłop, yeah, a good friend of mine. Straszny moczymorda, młodzieńcy. Gdybyście chcieli, załatwiłbym wam pracę w gazecie w Surabaja. Nie? No, jak chcecie.

Kiedy już pociąg nabierał rozpędu, kapitan van Toch machał ogromną niebieską chusteczką. Wypadła mu przy tym do piasku jedna duża, nieregularna perła. Perła, której nikt nigdy nie znalazł.