— Zakładajcie — zgadzał się Bondy. — Czy jeszcze coś?

— Po trzecie zobowiążecie się panowie, że na żadnym innym miejscu nie będzie się Absolutu wyrabiało.

— Co znowu? — podskoczył prezes Bondy. — A nasze Karburatory?

— Nie będą nigdy wyrabiane, prócz jedynego brzewnowskiego, który będzie majątkiem kościoła świętego i w jego rozporządzeniu.

— Nonsens! — zastrzegał się G. H. Bondy. — Karburatory będą wyrabiane. W pierwszym półroczu tysiąc dwieście. Przed upływem roku dziesięć tysięcy. Tak dalece jesteśmy już urządzeni.

— A ja wam powiadam — rzekł biskup z cichą słodyczą — że po roku nie będzie w robocie ani jednego Karburatora.

— Czemuż to?

— Ponieważ ani ludzkość wierząca, ani niewierząca nie może się pogodzić z prawdziwym i aktywnym Bogiem. Nie może, panowie. To jest wyłączone.

— A ja panu powiadam — wtrącił się Marek namiętnie — że Karburatory będą. Teraz ja sam staję po ich stronie. Właśnie dlatego będą, że wy ich nie chcecie! Wam na złość, wasza biskupia miłości. Na złość wszystkim zabobonom. Na złość całemu Rzymowi! I ja pierwszy zawołam — Marek nabrał w pierś tchu i zawołał z niemelodyjnym natchnieniem: — Niech żyje Perfect Carburator!

— Zobaczymy — odpowiedział z westchnieniem pan biskup Linda. — Przekonacie się panowie, że czcigodny konsystorz miał rację. Po prostu sami wstrzymacie produkcję Absolutu. Ale te szkody, te szkody, jakie tymczasem powstaną! Nie myślcie sobie panowie, że kościół wprowadza Boga na świat! Kościół umiejscawia Go jedynie i reguluje. A wy, panowie bezbożnicy, rozpętacie Go niby powódź. Łódź Piotrowa wytrzyma i ten nowy potop. Niby arka Noego przepłynie przez fale Absolutu, ale wasze współczesne społeczeństwo — zawołał biskup z mocą — zapłaci za to!