Pierwszego kwietnia Lyon był oczyszczony i wolny od Absolutu.

Dotychczasowy marsz Bobineta odbywał się jak dotąd bez wielkiego rozlewu krwi. Dopiero za Loarą zaczęli mu stawiać czoło głównie żarliwi katolicy i miejscami dochodziło do wielkich rzezi. Na szczęście dla Bobineta nawet w gminach całkowicie opanowanych przez Absolut nie brakło Francuzów usposobionych nie tylko sceptycznie, ale przejawiających wprost fanatyzm niedowiarstwa i wolnomyślności. Po ponownych masakrach i wznawianych nocach świętego Bartłomieja „les Bobinets” byli wszędzie witani jako oswobodziciele. I rzeczywiście, wszędzie, gdziekolwiek się pojawili, osiągali stopniowe uspokojenie w miarę jak rozbijali coraz więcej Karburatorów.

Stało się tedy, że już w lipcu wypowiedział się parlament, iż „Toni Bobinet dobrze zasłużył się ojczyźnie” i razem z tytułem Marszałka przekazał mu godność Pierwszego Konsula. Francja była skonsolidowana. Bobinet zaprowadził ateizm państwowy; jakikolwiek przejaw religijności karany był śmiercią na podstawie prawa wojennego.

Trudno przejść milkliwie ponad niektórymi scenami z życia wielkiego człowieka.

Bobinet i jego matka. Pewnego dnia Bobinet naradzał się w Wersalu z generalicją. Ponieważ było gorąco, podszedł do otwartego okna. Nagle ujrzał w parku starusieńką panią wygrzewającą się na słońcu. Wówczas przerwał Bobinet wywody marszałka Jolliveta i zawołał: „Panowie, oto moja matka!...” Wszyscy obecni, nawet najbardziej zahartowani w walkach generałowie, nie umieli opanować łez wzruszenia wobec przejawu takiej synowskiej miłości.

Bobinet i jego miłość ojczyzny. Kiedyś podczas deszczu Bobinet był obecny przy przeglądzie wojska na Polu Marsowym. Gdy defilowały ciężkie agregaty artyleryjskie, najechało auto wojskowe na kałużę; woda bryznęła i poplamiła płaszcz Bobineta. Marszałek Jollivet chciał na miejscu ukarać dowódcę nieszczęsnej baterii i zdegradować go. Ale Bobinet nie dopuścił do tego: „Niech pan da spokój, panie marszałku, przecież jest to błoto francuskie”.

Bobinet i inwalida. Razu pewnego Bobinet przyjechał nie poznany do Chartres. W drodze pękła opona i podczas gdy szofer naprawiał uszkodzenie, zbliżył się jednonogi inwalida i żebrał. „Gdzie ten człowiek stracił nogę?” — pytał Bobinet. Inwalida odpowiedział, że stracił ją w Indochinach, że ma starą matkę i że nieraz całymi dniami oboje nie mają co włożyć w usta. „Marszałku, proszę zapisać nazwisko tego człowieka” — rzekł Bobinet wzruszony. I rzeczywiście, w tydzień potem do drzwi izdebki inwalidy zapukał kurier osobisty Bobineta i wręczył biednemu kalece paczuszkę „od pierwszego Konsula”.

Któż opisze radosne przerażenie inwalidy, gdy otworzywszy paczuszkę, znalazł w niej medal brązowy!

Przy takich wyjątkowych przymiotach duszy Bobineta nikt dziwić się nie będzie, że ostatecznie zgodził się on uczynić zadość gorącemu pragnieniu całego narodu i przy wybuchach powszechnego entuzjazmu ogłosił się dnia 14 sierpnia cesarzem francuskim.

W owych czasach nastawały dla całej kuli ziemskiej czasy bardzo niespokojne, ale tym niemniej historycznie wspaniałe. Wszystkie części świata jaśniały najdosłowniej bohaterskimi czynami wojennymi. Obserwowana z Marsa, ziemia nasza jawiła się jako gwiazda pierwszej wielkości, z czego astronomowie marsowi wywnioskowali zapewne, że znajdujemy się jeszcze w stanie rozżarzonym. Możecie sobie wyobrazić, że rycerska Francja i jej przedstawiciel cesarz Toni Bobinet nie gasili żadnego żaru. Być może, iż działały tu jeszcze resztki Absolutu przed ich rozproszeniem się we wszechświecie, podniecając nastroje wzniosłe i ogniste. Jednym słowem, gdy w dwa dni po koronacji Wielki Cesarz oświadczył, że nadeszła godzina, aby Francja pokryła kulę ziemską swymi sztandarami, odpowiedział mu jednomyślny wybuch entuzjazmu.