Na ustach młynarza zawisły słowa: „Chcę ci to powiedzieć, abyś spakował swoje manatki i wyniósł się stąd... im prędzej, tym lepiej. Zapłacę ci wszystko, co ci się należy, ale nie chcę cię jutro widzieć w moim młynie!”

Jörgen czytał te słowa na drżących złością wargach swego majstra. „Teraz wybuchnie, teraz wyrzuci mnie za drzwi!”

Nie dosłyszał wewnętrznego głosu, zaklinającego szeptu z owych głębin życia duszy, którego nie mąci codzienna myśl — nie dosłyszał ostrzegawczego wołania z owej jasnowidzącej strażnicy ducha, który wznosi się wysoko ponad prąd czasu — nie dosłyszał głosu napominającego go, aby się nie obawiał tych słów młynarza, aby pragnął ich, wyzwał je i wyrwał, gdyby utknęły w gardle, aby dziękował swemu Bogu za to, że młynarz wypędza go z młyna, gdzie słyszał już kapanie krwi z piętra na piętro, z tego młyna, skąd o własnej sile nie potrafiłby się wyrwać...

Nie dosłyszał takiego głosu. Nie!

A młynarz zastanawiał się: „Jeżeli go teraz wypędzę, to będzie wszędzie rozgadywał o Lizie i o mnie, dojdzie wieść i do leśniczówki... naopowiada o nas najprzeróżniejszych paskudztw... narażę siebie i ją na plotki...”.

I nie dosłyszał mądrego głosu wewnętrznego jasnowidztwa, który doradzał mu, aby się naraził na każdą obmowę, aby skorzystał z tej okazji i wypędził czeladnika z młyna, zanim stanie się coś, czego słowa nie zdołają już odwrócić... aby wypowiedział słowo, dopóki słowo jeszcze wystarcza...

Nie dosłyszał takiego głosu.

Nie!

Jörgen odwrócił się już i przymocował pusty worek do żelaznego haka rynny.

Jakub Clausen zwilżył językiem wyschłe wargi. Słowa, jakie wyrzekł, nie były tymi, których się Jörgen obawiał, dotyczyły one tylko koniecznej naprawy rynny, którą należało zreperować niezwłocznie. Gdy Jörgen skończy robotę, niech pójdzie do Jana Olsena w Aslev i zamówi go na rano; trzeba to zrobić porządnie, a nie po partacku. Jan Olsen zrobi to najlepiej.