— Tak, otóż widzisz.... Karen może właśnie otrzymać nową, dobrą służbę... ale jej rodzinie bardziej by dogadzało, gdyby służyła tu w młynie na wzgórzu... moja stara trzymała Karen do chrztu i sądzi... a oni sądzą tak samo... to znaczy rodzice... że tu w pobliżu... że chrześnica.... dobre, poczciwe dziecko...

Liza potwierdziła skinieniem głowy, myśląc jednocześnie: „Stare ścierwo obliczyło bardzo sprytnie! Niech ją cholera...!!!”.

— Prawda? Pojmujesz to... Więc... ale ona... Karen Peersen... jak mówię, może otrzymać służbę... dobrą służbę... i musi już jutro się zdecydować... dlatego sprawa jest bardzo pilna...

— Dobrze, panie dziedzicu, ja to załatwię, jeszcze dzisiaj wieczorem dam państwu odpowiedź. Zresztą wydaje mi się, że majster jest całkiem zadowolony z obecnego stanu rzeczy... twierdzi on, że dopóki mogę zrobić wszystko sama, nie należy wydawać drogich pieniędzy na drugą służącą.

— Oczywiście! Moje własne słowa! Mówiłem to samo, kiedy proponowano Zajęczą Anę... diabeł by go chyba kusił... moje własne, autentyczne słowa... Nie... nie... nie takie to czasy, aby wydawać na gospodarstwo więcej, aniżeli potrzeba... Ale uważasz, stara... moja stara nie wie, jaki tu ład panuje, i martwi się... sądzi, że jeśli się przepracujesz, ludzie wytkną to Jakubowi... powiedzą, że jest sknera... a moja stara zawsze dbała oto, aby ludzie nie gadali źle... i słusznie!... Więc mnie wszystko jedno, tak czy owak, skoro ty to załatwisz. Tak, nie mówię nic, mogę wypić jeszcze trzecią filiżankę... Co? To już czwarta? Ano, trójkąt niewiele wart, pokój ma cztery kąty. Ha, ha!

I na drugie cygaro zgodził się Smok bez zbyt gwałtownego protestu. Obracał je w ustach, aby zwilżyć należycie zewnętrzny liść, i ukończył te przygotowania właśnie w chwili, gdy Liza podała mu płonącą zapałkę. Smok, obsłużony w ten sposób piękną rączką, wypuścił z zadowoleniem potężny kłąb dymu, popił kawę, otarł grzbietem ręki zwilżone sumiaste wąsy, rozparł się na kanapie i powędrował myślą w ślad za nieobecnymi.

— A więc są w leśniczówce! Tak, Jakub ma tam dobrych przyjaciół... moja stara powtarza zawsze: „Dobrze, że Jakub obcuje z tym rodzeństwem z leśniczówki”... Tak powiada... Obcowanie z nimi jest bardzo pożyteczne, jak sądzi... Tak, tak, stara się ucieszy, skoro się dowie, że są w leśniczówce.

Liza przytaknęła z pobożnym uśmiechem, ale myśli jej szły inną drogą.

— Ale wytłumacz mi, Lizo, dlaczego właściwie młynarz odesłał wózek do domu? Takie wędrówki tam i z powrotem! Czemuż wózek nie czekał na nich? Chrystian byłby tam zbijał bąki równie dobrze jak tutaj, gdzie tylko naraża cię na kłopot, bo musisz mu wyszukiwać zajęcie... he! Ale Jakub był zawsze dziwakiem.

— Nie, nie, panie dziedzicu... wózek nie wyjeżdżał wcale... poszli piechotą.