— Hm, jaka elegantka! — rzekł chłopiec, gapiąc się na nią z podziwem.
Liza miała na sobie dosyć jeszcze nowy czarny żakiet i modny kapelusz filcowy z piórem i brązową wstążką, na rękach rękawiczki — słowem, wyglądała jak prawdziwa dama.
— Nie mogę przecie jechać w odwiedziny w tym stroju, który noszę w kuchni — odpowiedziała wyniośle. — Co słychać w domu, Jens?
— Ach, matka leży i jęczy... po jednej stronie ciała utrzymują się reumatyczne bóle.
— Biedaczka! No, przywiozłam trochę przysmaków i owoców, aby jej zrobić przyjemność.
— O, już to samo, że tu jesteś, bardzo ją uraduje. Leżąc, wspomina ciągle o tobie.
— Doprawdy? Poczciwe matczysko!... I musi tak leżeć bez ruchu. Podczas lata mogła jeszcze wywlec się z domu, nakarmić świnię, a nawet zaprowadzić Blis na pastwisko.
Chłopiec odstawił taczkę, aby odsapnąć. Liza zatrzymała konia.
— Tak, tak — przygadywał brat — znacznie wygodniej kołysać się tak na wózku, aniżeli wozić się z tą świńską beczką.
— Robiłam to samo, kiedy byłam w twoim wieku — odpowiedziała siostra.