Liza krzyknęła cicho, bo w pierwszej chwili wydało się jej, że matka umiera. Potem objęła uściskiem ramion wychudłe ciało, wycałowała zbielałą twarz, pieściła matkę rękami i słowami:
— Gdzie boli? Tutaj?... Biedne plecy!
Zaczęła masować ostrożnie, lecz silnie ręką zbolałe miejsce, czyniąc to wprawnie i bardzo zręcznie.
— O jak dobrze... jak dobrze — szeptała chora. — Tamte nie potrafią mi ulżyć... Nawet Maria naciera zbyt twardo... Wyglądasz świeżo i zdrowo! Jak gdyby orzeźwiający powiew wszedł do izby... twoje włosy pachną jesiennym liściem... o piękne, jasne włosy!
Otarła łagodnie zwiędły policzek o warkocz córki.
Liza jedyna spośród całej rodziny miała jasne włosy, a matka, której posiwiałe kosmyki były niegdyś kruczoczarne, kochała ją właśnie dlatego najbardziej, jak gdyby wskutek jakiejś perwersji smaku.
— Nie byłaś już od tak dawna... obawiałam się, że i dzisiaj nie przyjdziesz.
— Mam bardzo dużo roboty, matko... Nieraz trzeba popracować i w niedzielę, jeżeli w ciągu tygodnia nie uradzę wszystkiemu.
— Tak, tak, dużo roboty... jesteś pracowitym dzieckiem! O, trzeba baczyć pilnie, aby w młynie dobrze się działo... to dobry młyn!
— Istotnie, dobry młyn — zaśmiała się Liza. — Zobacz tylko co ci przysyła!