— A czy dobry młynarz... nie pożąda także dobrej młynarki?... He? Czy nie zamierza niebawem osadzić mojej Lizki jako pani w młynie?

— Ach, czyż ja wiem? Nie zawracaj sobie tym głowy, matko! — szepnęła Liza, bardzo zdziwiona, że matka przemyśliwa o tym. Albowiem Jörgen był dotąd jedynym człowiekiem, przed którym nie ukrywała swoich planów.

Szczęście przynajmniej, że psotnice nie były przy tym obecne!

— A czemuż by nie? Byłabyś ładną młynarką... tamta, która umarła, nie była ładna... teraz poszuka sobie ładnej... a gdzież znajdzie ładniejszą?... Takie włosy jak jedwab, jak złoto... skąd się to wzięło?... Tamte mają włos twardy i gruby jak końskie włosie... wszyscyśmy mieli takie włosy... i to czarne... Twoje są miękkie i jasne... A dobry młynarz... jak mówią ludzie... jest pono przystojnym mężczyzną, okazałym mężczyzną... Czy i on jest blondynem?

— Nie matko, ma ciemne włosy i takąż brodę.

— Tak jak twój ojciec... ty pamiętasz go tylko siwym, ale dawniej był szatynem... i miał kuzyna... ten był blondynem... Zastrzelili go tam na Alsen... wyglądał jak bohater! Jasnowłosy był jak ty!

Oczy starej rozbłysły w oczodołach; ten błędny ognik tańczył nad grobem — nad grobem jasnowłosego bohatera, tam na Alsen. Historiozof dosłyszałby może w tym tanim patosie starej wiedźmy o spłowiałej, czarnej grzywie, o niskim cofniętym w tył czole i o silnych kościach policzkowych — dosłyszałby może ton uwielbienia, jakie niższe rasy mimo woli okazują wyższemu typowi człowieka.

Liza nie była historiozofem, a jednak dziwiła się. Nie po raz pierwszy słyszała o tym stryju. Ale po raz pierwszy dopiero zapytała się, czy może ten jasnowłosy bohater był naprawdę jej ojcem lub czy urodziła się blondynką wskutek zapatrzenia. Czy tak, czy inaczej, była niezwykłą istotą, dzieckiem miłości — tej niecodziennej miłości, o jakiej czyta się w książkach z wierszami i w kalendarzowych powieściach. A skoro zawsze wyróżniała się jako jedyny biały kruk w tym czarnym gnieździe, to widocznie w związku z tą niezwykłością oczekiwał ją także niezwykły los. Powiedziała sobie w tej chwili, że przeznaczeniem jej jest wznieść się wyżej aniżeli inne, zapewnić honor i szczęście staremu, rodzinnemu gniazdu na bagnisku.

I znowu uradowała się, że siostry diablice nie były w tej chwili obecne w izbie.

Trzy te dorastające czarowniczki wybiegły istotnie zaraz po złożeniu darów z młyna z powrotem na dwór, aby zakrzątnąć się koło konia, tego tak niezwykłego czworonoga na bagnach Virket. Wytrząsnęły torbę z obrokiem, naciągnęły derkę, osuwającą się z jednego boku a równocześnie kłóciły się zawzięcie z sobą; klepały konia to po szyi, to po zadzie, wdrapywały się na wózek i strzelały z bicza, najmłodsza zaś stanęła naprzeciw konia z brzozową witką w garści i wywijała nią nieustannie koło uszu swej ofiary pod błahym pozorem odpędzania kilku nieszkodliwych much. Gniewało to i niepokoiło szweda, który serdecznie wzdychał i gdyby mógł, powtórzyłby ulubione szwedzkie przysłowie: „Niech cię wszyscy diabli porwą!”. Nie mógł przewidzieć, czy w pewnej chwili te istoty w spódnicach nie pogonią go, krzycząc i bijąc, poprzez bagnisko, aż do śmiertelnego zmęczenia. Z pewnym uradowaniem też powitał Jensa, który obrządziwszy świnię, przyłączył się do sióstr. Co prawda i ten młodzieniec narażał go na nieprzyjemności, bo najpierw usiłował obejrzeć jego zęby, aby na tej podstawie określić i to fałszywie — jego wiek, potem zaś obmacywał i szczypał narośl na jego przedniej nodze. Ale mimo wszystko zachowywał się spokojniej aniżeli jego siostry, bo przyzwyczaił się ciągnąć równo i powoli taczkę.