— Ot, to zapewne ten sam kawałek — dowodził młynarz, chcąc ją pocieszyć — nie potrafiłem go tylko rozpoznać. Tyle czasu już minęło.
— Nie, czekaj pan — rzekła Hanna, przeglądając tylną okładkę zeszytu. — Widzę tu jeszcze coś innego z takim samym tytułem... Jest to utwór Mozarta, jednego z największych kompozytorów. Ma pan dobry smak.
Wydawało się niemal, że jest dumna z jego dobrego smaku.
Wyjęła z małej szafy bibliotecznej stos nut, wyszukała wśród nich jeden zeszyt i zaczęła grać: „Jakież rozkoszne, jakie słodkie dźwięki...”
— To jest właśnie to samo! — zakrzyknął młynarz, a oblicze jego rozpromieniało dziecięcą radością. Teraz nie myślał już o Lizie; podmuch wielkiej sztuki oczyścił jego serce.
Także leśniczy, który znowu zajął się dopasowywaniem dębowych gałęzi, uśmiechnął się i z uznaniem kiwał głową, gdy tony umilkły.
— Tak, to i mnie się podoba! Wesoła melodia, brzmiąca niemal jak taneczna muzyka... a jednak słychać w niej... nie wiem, jak się wyrazić... a jednak brzmi ona, powiedziałbym, prawie jak pobożna pieśń. Z prawdziwą przyjemnością słucham takiej muzyki.
— O, mam tu jeszcze dużo takich samych utworów i gram dzisiaj z ochotą, bo palce chodzą dziwnie łatwo, chociaż po raz pierwszy dopiero czytam te nuty.
— Niestety, jest już trochę późno — wtrącił młynarz — my dwaj musimy już myśleć o powrocie.
— Szkoda, bardzo miłe jest nasze dzisiejsze spotkanie — zauważył leśniczy. — Ale oczywiście, masz słuszność, zwłaszcza ze względu na chłopca jest już nawet za późno.