— Nie krzycz tak — burknął wreszcie młynarz, odzyskawszy władanie głosem, co prawda jeszcze trochę zachrypłym. — Nie masz powodu obawiać się mnie.

Istotnie, Liza nie obawiała się go już teraz. W tonie jego głosu dosłyszała przyznanie się, że wzięła nad nim górę, i zupełnie jasno zdawała sobie sprawę z tego, że obecnie pozycja jej jest bardzo korzystna.

— To niegodnie ze strony pana wykorzystywać to, że jestem biedną dziewczyną i muszę służyć... Do tamtej panny nie zbliżałby się pan w taki sposób... Tamtą chciałby pan poślubić... ale ze mną można sobie przecie na wszystko pozwolić... nie jestem nic więcej warta, zdaniem pana!... Tak, to jest pańskie przekonanie i przekonanie innych ludzi, a szwagier pana powiedział mi to prosto w oczy...

— Henryk? Co on...?!

— Tak jest, ponieważ nie pozwoliłam się obmacać, powiedział, że wszystkie moje wdzięki chowam dla pana. Tak, jak gdyby służąca nie mogła być uczciwą dziewczyną!

Szczere oburzenie wybuchnęło łzami... jeżeli nie w oczach, to przejawiło się bądź co bądź w głosie, gdy wypowiadała te i tym podobne skargi. Równocześnie wyciągnęła szufladę komody i zaczęła w niej grzebać.

Młynarz, ogłuszony lawiną słów, stał bezradnie. Przedsiębrał słabe usiłowania, by powstrzymać ten wylew, wtrącał parokrotnie pokorne usprawiedliwienie, ale rezultatem było tylko to, że potok słów spieniał się coraz gwałtowniej, roztrącając wszystkie zapory.

Och, ona wie doskonale, że nie może się równać z tamtą, nie jest przecie panią! Ale chociaż ktoś nie umie grać na fortepianie i nie wypożycza książek z wierszami w złocistych oprawach, to jednak niekoniecznie jest od razu „taką”. Tak, ona jest tylko biednym dzieckiem z trzęsawiska... nie pochodzi z leśniczowskiej rodziny... jej ojciec i brat są kłusownikami, ale strzelają tak samo celnie, a może i celniej niż leśniczy... co zresztą nie jest zbrodnią... właściciel lasu ma dosyć zwierzyny dla siebie... chociaż przezywają ją Lizą kłusowniczanką, to jednak ma ona swój honor i uczciwość... a chociaż nie biega na misyjne zebrania, zna dobrze dziesięcioro przykazań i nie jest bynajmniej (jeszcze raz) „taką”!

Tutaj potok został na chwilę powstrzymany tamą: nie zamierzał jej bynajmniej obrazić... ani myślał o tym... ale przypuszczał, że ona go lubi... że może... w pewnym wypadku...

Tutaj tama runęła, a potok, przerwawszy ją, unosił teraz wraz z sobą szalonym pędem słowa.