Teraz Liza zauważyła, że jego filiżanka jest już pusta, i powstała, aby nalać kawy. Gdy przechylała się ponad stołem, wzrok młynarza ślizgał się po jej pełnej, a jednak zgrabnej postaci, która w tym prostym stroju sprawiała szczególnie korzystne wrażenie.

Ładna, mała kobietka — każdy to przyzna!

Dostrzegła, oczywiście, że ją obserwuje. Albowiem gdy usiadła z powrotem, zarumieniła się, a ten rumieniec upiększył jeszcze jej twarz. Okazując pełne wdzięku zakłopotanie, gładziła ręką włosy, a zwłaszcza kręte loki, miała zaś świadomość, że przynajmniej pod tym względem wygląda bardziej dystyngowanie aniżeli tamta z gładko zaczesanymi włosami.

Czy ta różnica zwróciła może uwagę młynarza? Czy może dzięki temu zjawiło się przed nim tamto oblicze i spoglądało nań z bolesnym wyrzutem? Czy może jakiś wewnętrzny głos ostrzegał go, że zamierza odrzucić chleb życia, skuszony łakomym przysmakiem? Czy to taką wizję i takie myśli odpędzał od siebie, przesuwając nerwowym ruchem rękę ponad oczami, po nagle zmarszczonym czole?

— Nalej i sobie jeszcze jedną filiżankę, Lizo — odezwał się i potarł zapałkę, by zapalić cygaro.

Nalała sobie pół filiżanki.

— Dziękuję... Ale pan mnie psuje.

— Psuje?... Co też gadasz!?

Rozparł się na kanapie i przez parę chwil milczał, wypuszczając dym to ustami, to nosem i spowijając Lizę i siebie gęstą, mglistą chmurą. Naprzeciwko niego siedziała Liza na krajuszku krzesła, jak przystoi służącej, i drobnymi łyczkami piła kawę z trzymanej w ręku filiżanki. Wreszcie opróżniła filiżankę, odstawiła ją na stół i poruszyła się, jakby chciała wstać.

Młynarz podniósł oczy.