— Jechałem przez Kirkeby... właśnie dążyłem do miasta.
Leśniczy roześmiał się głośno i poklepał go po ramieniu.
— Więc w takim razie muszę stwierdzić... że wabik był mocny, nie jest to bowiem najbliższa droga do miasta.
Młynarz uśmiechnął się z przymusem. Doznawał bardzo niemiłego uczucia, ale jednocześnie słowa leśniczego wydały mu się celową zachętą do słów, jakie sam zamierzał powiedzieć. Chłopiec oddalił się właśnie w tej chwili.
— Słuchaj, Wilhelmie... chciałem ci powiedzieć...
— Mów!... Janku! Nie chodź tam, pozostań przy nas!... Nie mogę pozwolić, by się kręcił wśród robotników, bo nietrudno o wypadek.
— Oczywiście, bardzo słusznie.
— A więc? Cóż to chciałeś powiedzieć?
Teraz jednak chłopiec stał obok niego i nastawiał uszy. Niemożliwe!
— Tak! Cóż to ja chciałem?... Ach prawda, ten malec prosi, by mógł pozostać tutaj. Otóż powiedz mi całkiem szczerze, czy nie sprawia wam to kłopotu... twojej siostrze nie dowierzam pod tym względem.