— Słyszałem czyjś krzyk.
— Tak, to ja krzyknąłem. Ale czy nie słyszał pan kapania kropel?
— Nie... a ty?
— I ja nie słyszałem. Ale gdy pan zerwał się tak nagle, z tak dziwnym wyrazem twarzy, sądziłem, że pan może...
— Głupstwo!
Młynarz pochylił się, wyjął korytko z otworu i zbliżył ku lampie, aby obejrzeć ziarno. Ręce drżały mu tak silnie, że wiele ziaren wypadło i rozsypało się po podłodze. Postawił korytko na skrzyni kamiennego złożenia.
— Czemu stoisz tu i gapisz się? Czemu targasz rękami włosy? Wyglądasz, jak gdybyś zwariował. Ale to wszystko tylko udawanie!... Wymyśliłeś tę całą historię tylko dlatego, aby zażądać wyższej płacy!
— Nie chcę wyższej płacy, bo nie chcę w ogóle służyć dłużej w tym krwawym młynie!
— Jak ci się podoba! Znajdą się inni, którzy chętnie zajmą twoje miejsce.
— Czemuż by nie? Gdybym był tym innym, sam chętnie bym tu służył. Gdybym nie był znał tych dwojga, to niechajby sobie krople kapały ile wlezie... I gdyby to tylko sam Jörgen padł ofiarą, nic by mnie to nie obchodziło. Ale lubiłem Lizę, a ona lubiła mnie także, na Boga, lubiła mnie!