— Słuchaj pan, słuchaj pan! — szeptał, jak gdyby młynarz nie wsłuchiwał się już całym napięciem nerwów.
Stali nieruchomo.
Odgłos powtarzał się w krótkich przerwach. Powoli zmieniła się barwa dźwięku — brzmiał teraz znacznie silniej — nie było to już krótkie, twarde, suche stukanie — brzmiało coraz bardziej miękko, pluskająco jak odgłos wody spływającej z rynny do kałuży.
— Weź lampę! — rzekł młynarz.
Wyrzekł te słowa raczej ruchem i spojrzeniem niż niedosłyszalnym prawie głosem.
Macając, zeszedł po schodach w ciemność. Kiedy już stał na dole i szukał ręką klamki, jeszcze wydawało mu się, że słyszy kapanie tych strasznych kropli.
A gdy już wchodził do domu, odwrócił się na progu i spojrzał w stronę młyna. W górze poprzez drzwi galeryjki płynęło z piętra żarnowego czerwonawe światło lampy.
Młynarz podniósł zaciśniętą pięść i mruknął przez zęby:
— A jednak uczynię to... ożenię się z nią, właśnie teraz... Muszę tak postąpić, bo inaczej oszaleję!