Młynarz uścisnął Janka, którego jeszcze ciągle trzymał w ramionach i pocałował go tak gwałtownie, że chłopiec aż zaniepokoił się.

— Jesteś teraz zmęczony, Janku, trzeba położyć się do łóżka, aby jutro wstać rześkim... Mama pójdzie już z tobą.

Postawił chłopca na ziemi i dał Hannie znak skinieniem głową.

Zrozumiała, że chce oszczędzić jej widoku tego, co nastąpi. Otoczyła go ramionami, ucałowała gorąco i szepnęła:

— Niechaj Bóg błogosławi cię, Jakubie... teraz i zawsze!

Potem ujęła rękę chłopca i odeszła z nim przez furtkę wiodącą do ogrodu.

Młynarz szedł za nią spojrzeniem, dopóki nie zniknęła mu sprzed oczu, a potem zwrócił się do leśniczego.

— Wszak prawda, Wilhelmie... że Janek...

— Zaufaj nam... zajmiemy się... Hanna jak matka...

Wzruszenie nie pozwalało mu mówić. Przetarł ręką oczy; chwila nie była odpowiednia, by poddawać się rozczuleniu.