Liza uznała taki obrót rozmowy za nadzwyczaj korzystny; radowała się wprost własnym sprytem. Po pierwsze: odsuwała wszelkie podejrzenia od siebie samej. Panienka była przecież tak łatwowierna! Bo chociaż Liza, gdy o to chodziło, zarzucała niejedno panience z leśniczówki, chociaż uważała ją za wykwit obłudy, za „udającą świętoszkę”, to jednak nie przeszkadzało to wcale, że równocześnie patrzyła na nią z dziwną niekonsekwencją jako na głuptaska, któremu można wmówić najniemożliwsze rzeczy. Gdyby więc kiedyś rozeszły się pogłoski, że Liza dąży ku temu, by wyjść za młynarza, to panienka z leśniczówki zaprzeczyłaby temu kategorycznie. To była korzyść, i to duża. Po wtóre...

— Wdowa?... nie, a to dlaczego? Młynarz nie jest przecież bynajmniej za stary, by poślubić młodą dziewczynę... jeżeli w ogóle zechce się ożenić.

Aha! Wylazło szydło z worka! Właśnie dlatego zastawiła chytrze pułapkę.

Hanna nie potrafiłaby może wyjaśnić ani sobie, ani komuś innemu, dlaczego z taką niechęcią pomyślała o tym, że młynarz mógłby poślubić wdowę. Może tylko dlatego, że jako przyjacielowi swego brata życzyła mu jak najlepiej, życzyła mu czegoś pięknego, bezpośredniego, świeżego, gorącej, szczerej miłości — a dzięki swemu naiwnemu poglądowi na świat przypuszczała, że właśnie tego nie znajdzie u wdowy. Na pewno nie podsunął jej tych słów własny interes, toteż nie przeszło jej przez myśl, by ukrywać swe mniemanie — wszak zawsze miała na języku to samo co w sercu.

— Ach tak? Więc tak pani sądzi? — zapytała Liza ze zdziwieniem. — Doprawdy?

— Tak, czemuż by nie?

— Młynarz ma już siwe włosy na skroniach.

— Bardzo mu z tym do twarzy, jak mi się zdaje.

— A niekiedy miewa też głębokie zmarszczki na czole i wtedy wygląda naprawdę bardzo staro.

— To tylko dlatego, ponieważ jest poważnym mężczyzną i dręczy się rozmaitymi myślami. Cóż to zresztą szkodzi?