— No, no, dwie także nie zaszkodzą, panie pastorze — oświadczył Smok, spostrzegając z prawdziwą radością serca, że hasłem jest „rozweselenie”. — Tak, mateczko! Łyk wina to najwłaściwsze dla człowieka, którego oblewała woda, ha, ha!... Dar boży, panie pastorze... raduje ludzkie serce... święte słowo, prawda?... Lej pan śmiało... — dodał, widząc, że kapłańska ręka, która rozważnie zawładnęła flaszką, zanim Smok zaofiarował swe usługi, napełniła kieliszek tylko do połowy. — Dobry towar, ten portwein... sam przywiozłem go z miasta... bo ten poczciwy Jakub... na ogół jest on smakoszem... zawsze to powiadam, że Jakub jest smakoszem, i dam mu to na piśmie... ale w tych dniach, mój Boże!...

Pełne troskliwości wstrząśnięcie głową i współczujące spojrzenie w stronę ogrodu, gdzie widać było wysoką postać młynarza, stojącego w odległości paru kroków od drzwi, dokończyły wymownie przerwane zdanie.

Pastor Schmidt skinął potwierdzająco i podał matce Smoka napełniony do połowy kieliszek, sam zaś na własny użytek nalał sobie więcej aniżeli skromną ilość brunatnego płynu — podzielał bowiem tylko częściowo korzystne mniemanie Smoka o portweinie.

— Trąćmy się zatem wszyscy z sobą — odezwał się sakramentalnym głosem, zwracając się dokoła skinieniem ręki — i wychylmy nasze kielichy z tym życzeniem, aby nasz drogi przyjaciel tu w młynie, dzięki łasce bożej i czystości serca, znalazł ulgę i pocieszenie w tym ciężkim smutku!

Chłopi podnieśli kieliszki i niby chór przyświadczyli głuchym pomrukiem. Ale Henryk jako przywódca chóru zapragnął nadać temu pomrukowi bardziej zdecydowany wyraz, a jednocześnie uzupełnić nieco kościelne zakończenie toastu czymś bardziej energicznym, toteż odezwał się następującymi dobranymi słowami:

— Słusznie pan powiedział, pastorze! Pociechę w smutku, zawsze to mówię... Do licha, Jakub jest przecież jędrnym chłopem... nie może tak wiecznie chodzić ze zwieszoną głową... Były to smutne czasy... Żyć tak z chorą kobietą... Biedna Chrystyna... niech ją Bóg przyjmie do swojej łaski!... Ale teraz leży już w ziemi... więc teraz i on musi podnieść głowę... dlatego wypijmy: niech nam ży...!

Przerażony wzrok, jakim matka powitała to jego wylewne krasomówstwo, powstrzymał połowę słowa w radośnie otwartych ustach, druga połowa ugrzęzła w gardle, wywołując coś niby chrząknięcie. Dzięki jednak właściwemu uzdolnieniu muzykalnemu mówcy nieszczęsny kres toastu niezbyt się różnił od tonu mowy, toteż nietrudno było do tego nawiązać.

— Hm... niech żyje... czystym sercem... jak powiada proboszcz... otóż to właśnie... i niech znajdzie pociechę... prawdziwą pociechę... he, prawda...

Tym razem mówca przerwał sam sobie, aby podczas tej krótkiej, retorycznej pauzy, która wszystkich prócz niego nieco zaniepokoiła, wykonać trudne mimiczne ćwiczenie twarzy. Najpierw przymknął lewe oko i łypnął prawym, potem na odwrót, a kiedy już w ten pomysłowy sposób dostatecznie przygotował zebranych, że teraz należy oczekiwać rodzynka, mówił dalej:

— Nie taką pociechę, jaką może dać miła Liza... he... zresztą ładna, tęga dziewucha...