— Zawsze się spieszę... I gdybym była woźnicą, to te grube gniadosze inaczej by chodziły.
— Teraz szły chyba całkiem dobrze?
— Ha, nie mogłeś ich utrzymać, bo poczuły stajnię... Ładny woźnica!
— Ładny.... oczywiście! Dobrze gadasz... ale czy całkiem szczerze, Lizko?
Liza zagryzła wargi i wpatrzyła się hardo w rumianą, piegowatą twarz śmiejącą się do niej z wozu. Wiedziała, że Chrystian kocha się w niej bez pamięci, tak samo jak młynarz i Jörgen. Ale zuchwały parobek udawał zawsze z powodzeniem przewagę, dawał do zrozumienia, że to ona właściwie za nim ugania. To złościło ją, zwłaszcza w tej chwili, kiedy Jörgen stał w pobliżu i słyszał każde słowo.
— Zarozumialec! Przepuść mnie teraz!
Stała rzeczywiście jak uwięziona. Konie wysunęły się naprzód, tak że orczyk dotykał prawie muru. Co prawda przejście w tył było swobodne, ale czy wypadało zawracać, wchodzić w deszcz i błoto?
Tupnęła nogą.
— Cofnijże konie! Chcę przejść!
On zaśmiał się tylko i rzekł: