Pani Andersen dowodziła, że nie potrzeba się spieszyć. Ale młynarz nie chciał czekać. Musi wstać wcześnie rano, roboty w bród; zresztą czekanie jest bezcelowe, bo deszcz nieprędko przestanie padać.

— To prawda! — zawołał Smok, który stał pochylony przy oknie, wyglądając na podwórze, a teraz energicznie się odwrócił. — To prawda! Deszcz nieprędko przestanie padać, dam ci to na piśmie... Widzisz, matko, jak to dobrze, że sprzątnęliśmy dziś resztę żyta... upierałem się przy tym, i słusznie, bardzo słusznie... Czułem to w kościach, że będzie lało... „Zwozić to gałgaństwo!” mówiłem... i jak widzisz, dobrze się stało.

Zacierał ręce, zachwycony własną energią, aczkolwiek nikt ani pomyślał o tym, by żyto pozostawić na polu.

Chłopiec zasnął, położywszy główkę na łonie babki.

— W takim razie zostaw tu Janka — prosiła. — Dziecko śpi tak smacznie.

— Nie, wolę zabrać chłopca.

— Na taką ulewę, rozespanego?

— Ach, głupstwo. Nie jest z cukru, nie roztopi się, droga niedaleka... Janku!

Chłopiec, który na wpół się przebudził i posłyszał ostatnie słowa, przetarł oczy i powiedział, że chętnie pozostałby u babki. Młynarz targnął nerwowo brodę i wziął swój kapelusz i czapkę chłopca, które leżały obok na krześle.

— Nie, Janku, chodź! To lepiej, że pójdziesz ze mną do domu!