To były jednak nieziszczalne pragnienia — natomiast istniało coś innego, co można było i należało uczynić.
Zrazu prowadził bardzo ożywioną rozmowę z przyjacielem: o wyrębach, o nowej, małej szkółce drzewek, o jesiennych przetargach i o tej całej pracy, czekającej tu na Wilhelma. Potem stawał się coraz mniej rozmowny: tylko oderwane i niewiele mówiące uwagi świadczyły, że idzie za tokiem myśli leśniczego, który z oburzeniem rozwodził się szeroko o proboszczu z sąsiedztwa. Proboszcz tutejszego kościoła, który abonuje „Politykę”, ateistyczne pismo! Co też młynarz sądzi o tym?
Młynarz, jak się wydawało, niewiele o tym sądził.
— W ogóle ci wszyscy proboszczowie tutaj w Falsterze warci są tego samego! — ciągnął dalej surowy cenzor. — No tak, jest oczywiście proboszcz Magnussen w Tostrup.
— Religijny „grosista”, jak go nazywają chłopi.
— O, łatwo szydzić.
— Nie, oni mówią poważnie. Ponieważ zajmuje się tak żywo misjami w Indiach, więc powiadają, że eksportuje religię. A czy wiesz, co rzekła o nim niedawno jedna starsza kobieta? „Tak, proboszcz jest bardzo osławiony — powiedziała — ale też, co prawda, bardzo się puszcza”.
— Puszcza się! — zawołał leśniczy ze zgrozą. — O tym nie słyszałem!
— Otóż wyraziła się w ten sposób dlatego, że proboszcz jeździ ciągle z jednego misyjnego zgromadzenia na drugie. Wyrażenia „osławiony” użyła zamiast „sławny”... Była to zatem gorąca pochwała! „Osławiony dlatego, że się puszcza!”... Ha, ha!
Młynarz zaśmiał się tak głośno, że las odpowiedział echem; jego dobry humor wyładował się przy tej sposobności. A ponieważ i leśniczy miał poniekąd skłonność do wesołości, więc i on przywtórzył śmiechowi, chociaż doznawał pewnego wyrzutu, czy to wypada, choćby nawet pośrednio, weselić się kosztem filara misji.