228. Myśli w jakiś sposób naśladują wyobrażenia miejscowości (...) por. s. 72/73 i 108 — autor w ten sposób opatrzył odsyłaczami wewnątrztekstowymi pierwodruk swej powieści; tu na odnośnej stronie znajdują się fragmenty: rozdz. IV „Są jednak już w Wilczy. Tu stosownie do przewidywań Angeliki i Strumieńskiego miłość ich nabrała nowej siły, uzyskała odrębny koloryt. Zdawało się im, że są w jakiejś świątyni wśród lasu pełnego dzikich ludzi i zwierząt (...)”; rozdz. VI „(...) nie omieszkał Strumieński powodzią odpowiednio się wzruszyć; np. w czasie jej srożenia się »było mu tak, jakby« »ten smutek« wystąpił z brzegów i wylał się z jego własnego serca, a raczej z »duszy«, a duch »jej« unosił się ponad wodami, zaś po uspokojeniu się nawałnicy »było mu tak, jak gdyby« ta woda pokrywała »jakieś krajobrazy jego duszy«. Istotnie zresztą w owych analogiach, w ostatniej zwłaszcza, a prócz tego ogólnie w widoku rozległości toni, były momenty, które objęły zastępstwo podupadłych już uczuć”. [przypis edytorski]
229. ekstrem — dziś: ekstremum; skrajność. [przypis edytorski]
230. tych, którzy dali się opanować słowu „genialność” — [Komentarz autora z Uwag.] Do odróżniania „geniuszu”, „talentu” i do tym podobnych formułek na rangi umysłowe nie przywiązuję wielkiej wagi; uważam je za ciasne. Są jednak ludzie, którzy z zamiłowaniem bawią się tymi słowami i gwarząc o sztukach pięknych i poezji, rozdają owe słowa jako tytuły różnym żyjącym i zmarłym znakomitościom, kłócąc się nieraz między sobą, czy jakiś Y miał talent czy geniusz, czy też może był genialnym talentem? Jeszcze dawno temu lubiłem czytać wywody naukowe o tym, jakie cechy znamionują geniusza, a jakie talent, i próbując tych cech tak, jak się próbuje różnych kapeluszy w sklepie, zazwyczaj orzekałem, że jestem geniuszem. Moi koledzy poeci, a jest ich pięciuset, robili to samo z takim samym skutkiem, nieprawdaż? [przypis autorski]
231. kryć pod swoje dzieło — [Komentarz autora z Uwag.] Bawię się nieraz, śledząc podczas lektury różnych dramatów, jak poeta sili się, by nie wprowadzać tzw. rezonera, lecz przedstawiać rzecz „obiektywnie” tj. tak, żeby czytelnik sam wysnuł sobie te wnioski, które by autor rad weń wzmówić. Jednak taka „obiektywność” nigdy się nie udaje i autor ucieka się do innej metody: robi ze swojej idei akrostych i rozdziela go między poszczególne osoby, wkładając każdej w usta to, co jest stosowne do jej charakteru; czytelnik czy widz ma sobie potem złożyć w całość te aluzje poety. Tak robią ci, co mają coś do powiedzenia; ci, co nic nie mają do powiedzenia, nie robią nawet i tego. Powodem tych kłopotów literackich jest przesąd, że dramat jest czymś w rodzaju kategorii kantowskich, spadłą z nieba, najwyższą formą twórczości, którą należy tylko wypełnić (zamiast, żeby poeta sam każdej chwili na nowo ją stwarzał). Przesąd ten grasuje wśród bezkrytycznych adeptów literatury razem z przesądem o sonecie, o istnieniu talentów specjalnie lirycznych, specjalnie dramatycznych, epicznych itd., bo chociaż każdy zna postulat oryginalności, ale chce być oryginalnym tak, jak o tym w książkach piszą, a za mało ma wyobraźni, żeby jej aparat skierować na własną mózgownicę. Poeci poza sobą, ale nie w sobie. [przypis autorski]
232. w jakiż potem popadłeś chaos (...) — [Komentarz autora z Uwag.] Por. [rozdział XI „(...) rzeczy jak ta ostatnia robi się dla zabawki, i więcej wartości ma dorywcze pomyślenie i wypowiedzenie takiego projektu niż wykonanie go”, rozdział XII „(...) przebywał gwałtowne napady szczerości, napisał listy, w których się silił na zupełne pozbycie się pozy, na niebiańską naiwność i niemal dziecięcość. Ten brak pozy był pozą (...)”]. Co do przykładu z Dzikiej kaczki, to jest on przytoczony tendencyjnie, gdyż właściwie Ibsen ma zamiar wykazać przede wszystkim kruchość „idealnego postulatu”, jaki stawia Grzegorz. Przykładem byłby i Don Quichotte, w którym autor chwilami nieświadomie i wbrew woli swojej sympatyzuje z bohaterem tak, że później powiedziano nawet, iż Cervantes chciał w Don Quichotte stworzyć symbol. [przypis autorski]
233. So lasst mich scheinen bis ich werde (niem.) — Więc pozwólcie mi świecić, dopóki jestem. [przypis edytorski]
234. Otóż Strumieński zabagnił sprawę Angeliki — [Komentarz autora z Uwag.] Ten temat zawdzięczam dziełu Przybyszewskiego pt. W Malstromie. Falk i Iza kochają się, ale Falk nie może przeboleć tego, że „pierwszym” był u niej kto inny. Wypytuje o szczegóły... ale to go nie uspokaja. Autor kreśli tę sytuację tak, jakby była sytuacją bez wyjścia, tragiczną od urodzenia. Otóż przeciw temu chciałem zaprotestować, wykazać, że ludzie stojący bardzo wysoko pod względem intelektualnym potrafiliby przecież i taki szkopuł przezwyciężyć: dojść świadomie do tego stanu wyrozumiałości czy obojętności, jaki w wielu małżeństwach siłą rzeczy sam w takich razach po pewnym czasie powstaje. Stąd się wziął ów temat, z którego pierwej chciałem zrobić dramat pt. Komedia tryumfalna, lecz potem, pisząc Pałubę, sam siebie okradłem. [przypis autorski]
235. rozdz. IV. s. 69 — autor w ten sposób opatrzył odsyłaczami wewnątrztekstowymi pierwodruk swej powieści; tu na odnośnej stronie znajduje się fragment: „Oto Angelika i Strumieński wnet przyszli do poznania martwych punktów w miłości zmysłowej i przerazili się ich obecnością. (...) Postanowili więc walczyć z tym czynnikiem, który ich zreformowanej, rozszerzonej miłości zagrażał nowym fiaskiem. Wśród egzaltacji przyszli sobie do przekonania, że jest problemem, kryptogramem świata, który należy rozwiązać, który rozwiążą oni, kapłani miłości. Odcyfrowaniem zaś tej zagadki wydawała się im wspólna śmierć przez miłość”. [przypis edytorski]
236. do tej instancji dochodzi każda sprawa jeśli się ją na serio bada — [Komentarz autora z Uwag.] To jest jeden z najważniejszych rezultatów Pałuby. Być może, że aparat naukowy, który przykładam do faktów w niej skreślonych, jest błędny, ale jeżeli mi się udało choćby raz jeden wydobyć dowód, że fakty dopiero wtedy stają się doniosłymi w życiu duchowym człowieka i w poezji, gdy wejdą w alembik gruntownego vulgo naukowego badania lub przejdą przezeń, jeżeli mi się to udało, to zadanie moje spełnione. Żeby mi zaś nie zarzucono, iż w Pałubie użyłem przykładów umyślnie do tego celu skonstruowanych, podejmę się wykazać na dziełach różnych naszych znakomitości, ile tam popełniono zaniedbań intelektualnych i jaka wskutek tego powstała kołowacizna. I cóż mi po wszelkich fajerwerkach poetyckich, jeżeli odczuwam na każdym kroku, że poeta intelektualnie kompromituje się przede mną! Poezja jeżeli ma być czymś, to koroną myślenia, a nie azylum dla ubogich duchem. [przypis autorski]
237. jakby człowiek, zauważywszy jakieś grono zjawisk, które go bardziej niepokoiło (...) zanotował je sobie w pamięci stałym znacznikiem (...) — [Komentarz autora z Uwag.] To nie historia narodzin słowa taka jak u Nietzschego narodziny tragedii, a u Przybyszewskiego narodziny metasłowa, ale porównanie, bo ja nie mam pretensji do jasnowidzenia w przeszłość. Zresztą nic mnie tu nie obchodzi powstawanie słowa u ludzi pierwotnych, gdyż moim zdaniem tak słowo, jak i np. dramat, chociaż się już przyjęły, zmieniają swoją genezę i np. człowiek współczesny tworzy dramat z całkiem innych pobudek psychicznych niż starożytny. Dlatego powyższe porównanie jest przecież jeszcze czymś więcej niż porównaniem. Zastrzegam się przeciw możliwym zarzutom, jakoby moja teoria bezimienności była parafrazą teorii Przybyszewskiego o metasłowie. Kto nie czuje różnicy między jedną a drugą, tego zapraszam do siebie, aby dowodnie przekonał się, jak dawnymi są wszystkie hipotezy wypowiedziane w Trio. I wnioski są inne. Przybyszewski potępia uspołecznienie się słowa, a więc zróżniczkowanie go, i wywyższa muzykę ponad słowo, dlatego bo on idzie za ulubioną dziś w myślicielstwie modą spierwotniania (wzór: Nietzsche). Moda ta polega na tym, że wyszukuje się jakąś starą genezę, porównuje się ją z dzisiejszym stanem rzeczy, np. na jego niekorzyść, i mówi się, że potrzeba robić tak, jak ongiś było: „nawiązuje się”. Za dowód starczy odległość historyczna. Ja natomiast traktuję słowo tak, jak to dotychczas robiono: nie jako okrzyk wydany z okazji jakiegoś uczucia lub spostrzeżenia, lecz jako próbę opisu kształtów i stosunków tak zewnętrznych, jak psychicznych. Dlatego też żądam zróżniczkowania aparatu słów, a sądzę, że w tym kierunku zdąża zarówno nauka, jak poezja, chociaż i poezja jest niecierpliwsza, podobna do wyżła, który, wyprzedzając myśliwca, na prawo i na lewo węszy i tropi. Zestawienie jej z nauką mniej by może gorszyło czytelników, gdyby wiedziano, ile błędów poetycznych bywało zawsze w tzw. nauce, co udowadnia Mach. Przebaczcie mi, panowie uczeni, że znowu wyłuszczam rzeczy znane wam tak dobrze lub jeszcze lepiej. Jean-Paul w dziełku Kapelan Schmelzle próbował pokazać w tchórzostwie punkt, w którym ono jest właściwie męstwem, ostrożnością, wynikiem silnej wyobraźni. Bardzo dobrym tematem byłoby pokazać na jakimś wypadku przeróżne fale psychiczne przepływające pod słowem „wdzięczność”, tak np., żeby się ona stawała nawet niewdzięcznością. Nb. dopiero potem pokazałoby się, ile by się zostało z tego tematu, powziętego a priori, gdyby się go chciało zamienić na mięso rzeczywistości. [przypis autorski]