Zrobiłem z tego rodzaj przedmowy do dalszych perypetii Strumieńskiego, któremu zdawało się, że w obu tych dziedzinach Angelika była jego partnerką i towarzyszką. Przedmowa taka tym bardziej była potrzebna, że z łatwo zrozumiałych powodów muszę opuszczać pewne rzeczy, które by były konieczne celem nadania właściwej wagi i barwy wielu psychicznym zawikłaniom. Oprócz tego wiadomego powodu jest jeszcze i ten, że żaden autor, nawet i ja, nie jest dość odważnym wobec swojego czytelnika, jeżeli chce ominąć utarte, wygodne obszary patosu, a wpłynąć na patos niebezpieczny, który zawsze musi być dość osobistym... Gdybym na przykład napisał, że Strumieński i Angelika zbudowali sobie sami chatkę w lesie i naśladowali kochanie się pierwotnych ludzi, że umówili się odgadywać swoje myśli, że ona malowała jego portret pędzlem z własnych włosów itp. komedie, które bym mógł powymyślać, do których odgrywania i przejęcia się nimi trzeba by więcej siły umysłu, niż ma przeciętny człowiek: czyż nie powiedziano by, że to jest wyrafinowane, nieprzyzwoite, antyspołeczne? I czy nie byłoby trochę zazdrości w takich określeniach? Śmiano by się z takiej przesady — a przecież „miłość”, jeżeli w ogóle ma być czymś, jest właśnie przesadą, żyje z przesady i nadmiaru, jakkolwiek (i to jest punkt ważny) więcej sposobem zaznaczania i pomyślenia niż wykonywaniem.
*
Gdy Strumieński przyjechał do Wilczy, rozrywało go z początku urządzenie nowego ogniska wspólnie z Olą, która już sobie wszystko naprzód ułożyła i przewidziała. Sam troskliwie unikał wspomnień o Angelice, lecz mimo to, a może właśnie dlatego, wpadł znowu w objęcia zaczajonego nań tutaj we wszystkich przedmiotach demona, którego sobie sam wychował. Stało się to dość nieznacznie, a zrazu nawet mowy o tym nie było. Tylko czasami, gdy przechodził to tam, to ówdzie, było mu tak, jakby go coś z westchnieniem mijało, nie zaczepiając. Jego grób — a takim był dotychczas dwór w Wilczy — osnuwał się siecią nowych stosunków, co go zmuszało myśleć o znikomości świata. A te stosunki wnet okazały się dlań obcymi i groziły mu łagodnie zacieśnieniem jego indywidualności — więc umysł jego szukał choćby urojonego sojusznika.
Równocześnie zaczynał się zacieśniać także widnokrąg, który mu się otworzył z chwilą nabycia Oli. Wprawdzie nie przyznawał tego, że po miodowych miesiącach występowała ona przed nim coraz bardziej jako ściśle oznaczony, ten a nie inny charakter, nadający sobie swoje własne prawa, mający własny punkt ciężkości poza obrębem jego programu. Podczas gdy pierwej, bezpośrednio po śmierci Angeliki, patrzeć mógł jeszcze w zagadkową, ale obszerną, pełną różnych możliwości przyszłość, teraz, posiadłszy jedną i tę właśnie żonę, odciął przed sobą pewną, kto wie jak wielką, część owych możliwości. Wchodziły tu także w grę czynniki bardziej „intymne66”.
Strumieński był przez Angelikę rozkapryszony, zepsuty, przyzwyczaił się z nią do innego sposobu kochania się, wobec którego miłość z Olą, po starciu uroku świeżości, była dość prymitywną, jak on się potem wyrażał, fuszerką. Tu muszę bystro spojrzeć w oczy czytelnikowi i usunąć jego wątpliwości. Nie idzie mi bynajmniej o te barbarzyńskie wyuzdania płciowe, jakimi bezmyślni ludzie, nieumiejący nic mądrego począć z materiałem miłości, usiłują rozszerzyć sobie zakres swoich przyjemnostek i nadają im miano „wyrafinowanych rozkoszy”. Moim zdaniem rozkosze takie, o ile nie są naśladownictwem lub złem koniecznym, są wybuchami niezadowolenia i ironii, rozcięciem węzła, którego się rozplątywać i splatać nie umie. Gdybym zresztą takie fakty miał na myśli, z pewnością bym ich nie zataił, radząc sobie w ten lub ów sposób z pruderią czytelnika — bo uważałbym jasne postawienie sprawy za rzecz niezbędną dla mego studium, którego nie piszę dla dzieci ani dla takich dorosłych, którzy chcą, by ich traktowano jak dzieci. Strumieński i Angelika byli zbyt „artystami”, zbyt dużo gadali o tzw. Pięknie, żeby popaść w powyżej napomknięte wybryki, w których by ich raziła nie bezcelowość, lecz tzw. nieestetyczność; na innym miejscu zresztą już opowiedziałem, jakie oboje mieli poglądy na miłość fizyczną. Mimo to miłość ich można było nazwać systemem rozkoszy, który wprawdzie wciąż dopuszczał improwizacje: poezji, „czułostkowości”, namiętności, ale miał swoją historię doskonalenia i ustalania się, swoje szczyty i skrytki, a mógł być cały zapomniany, bo nikt go nie zapisywał, tylko nerwy i pamięć. Otóż ten „system” przypominał się teraz Strumieńskiemu na każdym kroku; tyle miejsc i mebli opowiadało mu historię i jego, i odnośnych rozpamiętywań z dni żałoby w Wilczy. Więc już choćby dlatego, żeby się tym wspomnieniom opędzić, chciał podzielić się nimi z Olą.
Zrazu nie żądał wiele, gdyż, jak powiedzieliśmy, program jego tylko powoli i kawałkami występował mu w umyśle. Jest też w miłości dziedzina, która z natury rzeczy bywa u wszystkich jednakowa, bo tak czy owak dostarcza zawsze silnych podnieceń. Ale było wiele powiedzeń, które z Olą nie były powiedziane, pieszczot i uścisków — niewymienionych, toków myśli i marzeń — wspólnie nie przemyślanych. I tak np. nie zdarzyło się, żeby kiedy ona jego z własnego popędu w rękę pocałowała — aż raz sam to na niej wymógł, gdy niby to żartem rzucił ją przed sobą na kolana i kazał powiedzieć, że uznaje się za jego niewolnicę. Za to lubowała się Ola w komedii, w której te role były odwrócone — bo tak przecież wypadało, by ona była damą, a on rycerzem, to odpowiadało szablonowi, który przejęła podczas swego wychowania. Nie znała też np. sztuki czy potrzeby wabienia go przez rozpuszczenie włosów — a miała ładne włosy — nie zdarzyło się też, żeby ona jemu napraszała się ze swymi uściskami, wreszcie nie pozwalała widzieć siebie samej, tłumacząc mu, że to jest niepotrzebne i że tak daleko jego prawa nie idą. To co uważał z początku za wstydliwość, okazywało się chłodem; zaspokajał tylko głód, ale nie miał rozkoszy. Wprawdzie i ona posiadała pewien temperament — ale na krótką metę; namiętność jej była bardziej wegetatywna, egoistyczna, nieprzypuszczona przed forum świadomości, hamowana z jakiejś przekory przeciwko samej sobie: a gdzież był czas, kiedy tamta w jego objęciach drżała, jak owa kobieta na spienionym rumaku na obrazie Podkowińskiego! Co prawda dla Oli znowu można by wybrać inne poetyczne powiedzenie:
In meinen Armen war sie ganz wie todt,
Wenn ich — es schüttelte sie innrer Frost,
Sie schien ein Engel, der sein Flügelpaar
Abwehrend gegen irdischen Staub bewegt67...