Tu jest dziurka, przez którą można widzieć pewien daleki horyzont. Ze wszystkimi najpiękniejszymi uczuciami i zamiarami łączą się bardzo prędko pewne stany parodyjne90, które zbijają z tropu owe uczucia, przemalowują je i obniżają. Bo też wśród zawikłań życiowych myśli, uczucia, zamiary, stany ciągle zmieniają swą postać, tylko energia się nie rozprasza. Trzeba by bohatera, żeby zaplątawszy się w sieć tych zawikłań, dobrze je wszystkie pamiętał i nie dał się uwieść sugestii ostatniej śmieszności, ale podtrzymywał mocno swą słuszność. Trzeba jednak bohatera już na to, żeby sobie taki stan uświadomił i określił. Takim bohaterem był Napoleon, który powiedział: „Od szczytności do śmieszności tylko jeden krok”. Ale i on nie był szczerym, bo powiedział „tylko jeden krok”, podczas gdy prawda taka objawiła mu się najpewniej w chwili zlania się jakiejś „szczytności” z jakąś „śmiesznością”. Strumieński takim bohaterem nie był, dlatego zgnębił swoje odruchy zmierzające do dalszych, coraz trudniejszych wyjaśnień, i wstydził się, i irytował, ale po cichu.
Jedna z ostatnich scen tego rodzaju między małżonkami była następująca: Strumieński żądał od Oli, żeby raz na miesiąc ubierała się w suknie Angeliki i zupełnie ją udawała, on też miał ją w tym dniu nazywać Gelą i zachowywać się odpowiednio do tego. „To jest takie głupstwo, a nikt nawet o tym wiedzieć nie będzie”. Udowadniał, że gdyby jej nie kochał, to by jej się nawet nie ośmielił zaproponować tak dyskretnie pięknej komedii, lecz właśnie ma zaufanie do Oli i wierzy, że ona to zrobi. Ola odparła na to: „Jesteś wariat, ja jestem twoją żoną, a nie kochanką”. To odróżnienie oddawało jej zwykle dość dobre usługi, więc stosowała je często, pomimo że małżonek wykazywał jej, że to nonsens — ale bo też szło jej tylko o to, żeby zaznaczać odmowę z zasad wyższych, a nie z egoizmu i uporu. Gdy Strumieński jeszcze coś dalej mówił, zaczęła śpiewać, a on jej na to: „Milcz, nie śpiewaj!”. Śpiewała dalej, a on, wiedząc, że własny śpiew sprawia jej przyjemność, prosił ją, żeby nie śpiewała, dlatego że mu to w sposób zbyt przykry przypomina Angelikę, która w ostatnich dniach swego życia pod wpływem obłąkania zaczęła nucić ni stąd, ni zowąd. Tak chciał Strumieński chytrze przeforsować swój zakaz, lecz Ola palnęła mu śpiewając:
No to ja ją naśladuję,
Do rozkazu się stosuję.
Porwał za kapelusz i wyleciał w pole. Gdy wrócił, Ola była chora, miała migrenę, potem grała na fortepianie, a na drugi dzień nic do niego nie mówiła — „skoro mego głosu nie lubisz”.
Strumieński stał w ogniu wypadków i był nimi tak zacietrzewiony, że nie mógł charakteru i postępowania Oli zupełnie trafnie ocenić. Czasami w irytacji, na podstawie analogii z samym sobą, dobrze oceniał jej egoizm, objawiający się w drobnych ukłuciach szpilkami w najniewinniejszej na pozór formie, lecz zamiast widzieć w tym wpływ jej wychowania, wykształcenia, stosunków, przesądów, zamiast uwzględniać masę innych czynników, trudniejszych do uchwycenia, wolał pójść drogą wygodnych umysłów i w swoich walkach psychicznych z Olą upatrywał rzekomy wieczny antagonizm między mężczyzną a kobietą w ogóle91. Ta ponętna teoria uspokajała go nieco, pozwalając mu cieszyć się swoją wyższością umysłową; obchodząc wtedy z daleka ostrożnie wspomnienia o Angelice, aby ich nie narazić na zetknięcie się z tą teorią, popadał Strumieński w mizoginiczne rozmyślania, które zaznaczył także w ten sposób, że synka swego nazwał Pawłem — od imienia apostoła, który nie lubił kobiet.
Jakże zaś te zawikłania przedstawiały się Oli? Przybywając do Wilczy, widziała ona przed sobą całkiem inne zadania. Mniemała, że przyjdzie na tę pustynię jak anioł zbawczy, pochlebiało jej nawet, że idzie za mąż za plebejusza z rodu, i chwaliła się tym przed towarzyszkami jak bohaterstwem, sobie samej zaś mówiła: „Jaki on będzie szczęśliwy, dumny, pojąwszy za żonę córę hetmanów!”. Bo chociaż na pozór głosiła się być wyższą nad kastowe uprzedzenia, przecież gdy szło o życie praktyczne, wówczas wyłaziło szydło z worka. A potem znowu, wznosząc się ponad kastowość, myślała: „Jak splendor taki zaimponuje pp. X., państwu Truskawskim i innym sąsiadom, jak odtąd nabiorą respektu dla biednego Włoska Strumieńskiego, którym pomiatali, o, bo tym ludziom tylko imponować potrzeba!”. Zdobywszy szacunek dla męża, ułatwi mu byt, skłoni do zawiązania stosunków z ludźmi dobrej woli, odda go społeczeństwu. Będzie się mógł nią popisywać, bo ona umie śpiewać, grać, kokietować, jest piękną: tego wszystkiego będą mu inni zazdrościć. W jego melancholię nie wnikała merytorycznie, ale uważała ją za miłą dekorację, za dodatek, wskutek którego ludzie mogliby kiedyś powiedzieć: „O, jak on przy młodej żonie poweselał”. Niby to wyobrażała sobie dawniej Strumieńskiego jako człowieka statecznego, poważnego, lecz jakże bardzo się na nim zawiodła! Ma on dobre serce, ale jest kapryśny i dziwak. Płakała, cierpiała skrycie, bo on odepchnął jej miłość dla kaprysów. Jeżeli zaś była dla niego surową, jeżeli zadawała mu rany, to dlatego, by zapomniał o tamtej, która była niegodną jego miłości, skrzywiła, złamała mu życie, wyszła za niego tylko dla miłego grosza, a zresztą była, jak wiadomo, wariatką. To nie była kobieta, to była samica, indywiduum zepsute cywilizacją. Cudzoziemka, skaziła naszą rodzimą, polską atmosferę jakąś niesympatyczną, niemiecką domieszką, której on z siebie teraz otrząść nie może. (I Strumieński był czasem tego samego zdania).
Tak by może mniej więcej napisała Ola w swym pamiętniku, bo na wszystkie wybryki egoizmu znajdzie się płaszczyk. O tym wie każdy. Ale może nie każdy wie o tym, że w tych płaszczykach, tj. upozorowaniach, tkwi zwykle więcej racji, niż się na pozór wydaje92, nie ma w nich nic śmiesznego, jest, owszem, nieraz logika i słuszność najlepszego rodzaju; tylko trzeba każdy taki płaszczykowy argument z osobna ożywić i wmyśleć się weń. Za to nie ma tam zupełnej racji, uwzględnienia wszystkich czynników, nie ma autokrytyki i szczerego śledzenia konszachtów między układaniem się wyuczonych słów, frazesów i poglądów a nieświadomym życiem duszy.
I tak np. Ola nie lubiła zbyt ściśle rozważać swego stosunku do Angeliki. Wypieszczona w domu, uważana za „lumen93”, musiała wobec Strumieńskiego przybrać tylko rolę kobiety par excellence94, rządzącej się głównie uczuciem. Strumieński zanadto poniżał jej ambicję, stawiając wciąż Angelikę jako wzór inteligencji kobiecej — a ją, Olę, lekceważył, bo nawet, jak jej się zdawało, nie spostrzegał, że ma do czynienia z arystokratką, nie był z tego dumnym, ignorował to. W tym punkcie Ola myliła się nieco, bo Strumieński ulegał kastowym przesądom w ten sam sposób co ona, chociaż jak potem zobaczymy, traktował je bardziej teoretycznie. Uprzedzenia Oli do Angeliki płynęły nie z zazdrości o męża, ale w ogóle z zazdrości intelektualnej. Miałażby rozum być zazdrosną o osobę nieżyjącą! Gdyby Strumieński zbałamucił żonę jakiego prezesa, marszałka, wówczas może by ją to dotknęło, to byłby przyzwoity skandal, dla którego warto by sobie nadpsuć trochę serca — ale tak... Wskutek wspomnianej zazdrości intelektualnej wyrobiła się w Oli potrzeba zaznaczania i wobec Strumieńskiego, i wobec innych, że ona jest kontrastem do Angeliki, np. namiętnie zwalczała emancypację kobiet, chwaliła się swoim doskonałym zdrowiem, zamiłowaniem w zajęciach gospodarskich tudzież w różnych sportach itd.
Raz zaproszono ich na polowanie. Strumieński nie chciał w nim wziąć udziału, bo miał jeszcze dawną pretensję, żeby Wilcza była wyspą inteligencji, a nie głupich zabaw. Ola natomiast zaczęła narzekać, że ją więzi w domu, jest o nią zazdrosny itd. Wówczas on wyznał jej, że przecież jego ojca zabito na polowaniu, że jego samego niegdyś jako chłopaka używano do nagonki. To wzruszyło ją, postanowiła pozostać w domu i tą małą uległością ujęła go tak, że oświadczywszy: „Ale co ja sobie tam będę z tego robił!”, pojechał z nią na owo polowanie. Odtąd dogadzał wszystkim jej życzeniom tego rodzaju, „cywilizował się”. Ola tryumfowała: „Wygrałam, przyszedł do rozumu”.