Do zamkniętego już epizodu jedno uzupełnienie. Zachowanie się Oli wyda się może komu nieprawdopodobnym, ja jednak uważam je za możliwe i sądzę, że w życiu można by wnet wyszukać podobne przykłady, mimo to kreślę całe zajście tak, jakbym robił śledztwo jakiegoś niezrozumiałego czynu. Womela, zapytany przeze mnie w tej sprawie jako ekspert, podał mi jeszcze następujący sposób wytłumaczenia zachowania się Oli. Ola wkrótce po przybyciu Berestajki widzi w niej rywalkę niebezpieczniejszą niż teoretyczna rywalka, Angelika. Trwożą ją objawy zaborczego, zuchwałego temperamentu aktorki, trwoży ją zwłaszcza ta myśl, że Berestajka w pewnej wiadomej chwili rozwinie więcej werwy niż ona, Ola, która ma sobie pod tym względem nieco do zarzucenia. Ponieważ zaś idealność Strumieńskiego obraca się koło Angeliki, więc Oli pozostał tylko ten zakres, do którego właśnie wkrada się Berestajka; będąc zazdrosną o tę, nie o tamtą, jest Ola zazdrosną głównie o tak zwany po prawniczemu faktyczny stan posiadania. Aby więc osłabić działanie Berestajki, Ola staje do niej w kontraście i wysuwa swoje zalety: tolerancję, łagodność, siostrzaną solidarność itp. tak, żeby je ukazać w jak najkorzystniejszym oświetleniu, na tamtym polu bowiem nie może i nie chce z nią współzawodniczyć.

Ale nadzwyczaj uważny i patrzący mi na palce czytelnik zapyta, jaką rolę odegrało w uczuciach Oli tego dnia to podejrzenie, że Strumieński wie już o jej wczorajszym odkryciu? I jaką wartość i znaczenie miała w takim razie w jej oczach jego zdrada? Otóż, jak samo poczucie rzeczy mówi, ta komplikacja była dla Oli za daleka, tym bardziej że Ola pod wrażeniem nowych wypadków zapomniała już myśleć o tym, iż Pawełek zapewne opowiedział o wszystkim jej mężowi, i mimo woli zachowywała się tak, jakby ona sama tajemnicę Strumieńskiego przypadkowo podglądnęła. Zresztą całe zachowanie się jego było dotychczas tak swobodne, że nie mogło poprzeć jej wczorajszego podejrzenia, jakoby on wiedział o jej wiedzeniu.

Jaką jednakże rolę odegrało w dotychczasowym zachowaniu się Oli samo to jej wiedzenie o tajemnicy ukrytej w muzeum oraz powzięte w nocy postanowienia? W jakim stopniu działał na nią motyw, że Berestajka zedrze może urok z Angeliki i „uleczy” Strumieńskiego? Tu, pod tym błahym na pozór szczegółem ukrywa się ważna kwestia teoretyczna. Z pewnością większość autorów na moim miejscu bez zastanowienia postawiłaby ów motyw na pierwszym miejscu, jako rozstrzygający, jako ten, który Olę przeważnie skłonił do dzisiejszej pobłażliwości wobec romansu męża z obcą. Tak też i było w Pałubie, gdym ją pisał po raz pierwszy. Tu jednak można wyraźnie zaobserwować różnicę między pierwiastkiem konstrukcyjnym a pałubicznym. Oto uzasadnianie zachowania się Oli za pomocą owego motywu, chociaż nasuwa się jako najbliższe, najprostsze, i niby wynika nawet z założenia sytuacji, byłoby przecież sztucznym, niezgodnym z prawidłami rzeczywistości. Albowiem motyw: „Ona zedrze urok z tamtej” działał już na samego Strumieńskiego dość niewyraźnie (s. 297 w. 3190), jakby tylko dodatkowo, cóż dopiero na Olę! Na tę mógł on działać chyba jeszcze bardziej pośrednio, ogólnikowo, nastrojowo, a i to tylko na podstawie jakichś dawnych aluzji i pouczeń męża (np. po wyjeździe Mossorowej), gdyż Ola samoistnie nie wpadłaby na pomysł o „zdzieraniu uroku”. Ale epizod z Berestajką zaraz w pierwszej chwili wybił się ponad tło innych okoliczności (samorząd faktu) i tak zajął uwagę Oli, że ustosunkowała się do obcej mniej więcej w sposób podany przez Womelę, a więc bez łączności ze sprawą Angeliki, do zaniechania zaś wszelkiego protestu przeciw zdradzie męża zmusił ją powód mechaniczny, podkreślony już na s. 299 w. 16191. Dopiero po odjeździe Berestajki, gdy istotne niebezpieczeństwo minęło, motywy przesunęły się w pamięci Oli, zajścia wczorajsze odzyskały powoli swe znaczenie i wtedy to Ola, rozwinąwszy leżący na spodzie zarodek motywu, postanowiła mniemać, że w celu uleczenia męża z szaleństwa poświęciła nawet swoje prawo do wierności małżeńskiej. W ten sposób przygotowywała się wewnętrznie na przełomowe sceny z mężem, których bliskość przeczuwała; po drugie zaś usuwała pewien wstydliwy punkt: mianowicie własne wewnętrzne wyrzuty z tego powodu, że nie chciała, nie umiała czy też nie mogła przeszkodzić zdradzie mężowskiej. Punkt fałszywy zaś był ten, że Ola doskonale przeczuwała, iż zdrada Strumieńskiego odbyła się „bezinteresownie”, bez żadnego związku ze sprawą Angeliki. Będziemy później widzieli, jak znowu zazdrość z powodu Angeliki nabierze u Oli żywych kolorów, wysunie się na pierwszy plan, tak że Ola w celu bronienia się przed Angeliką wezwie w pomoc Berestajkę i zaszachuje nią Strumieńskiego. Dodać w końcu wypada, że w odwodzie przygotowywała się jeszcze w Oli zemsta na Strumieńskim za kłopoty psychiczne, jakie jej sprawiał swoimi romansami; to uczucie także się później częściowo zdemaskuje.

Wracam do Strumieńskiego. Strumieński był zanadto zajęty sobą, żeby zwracać uwagę na żonę. Myślał o Berestajce i wstrzymywał się od spluwania w stronę, w którą odjechała. Porównywał ją z pajęczycą, która po zapłodnieniu zabija pająka, tłumaczył sobie jej zachowanie się nikczemną sfinksowatością kobiet w ogóle. Istotnie Rosjanka nauczyła się z książek traktować mężczyzn niby to jako narzędzia, którymi się potem pogardza, ale w tym wypadku grał rolę daleko prostszy motyw: ten, że odgadując jakowąś solidarność Oli z mężem, chciała dokuczyć jej przez dokuczenie jemu. Prócz tego mniemała, że go zaintryguje, zaimponuje mu i w pamięci głębiej mu utkwi, a nadto wiodła ją kobieca (?) potrzeba obrócenia kota ogonem, paradoksu w praktyce. Dość, że Strumieńskiemu było nieprzyjemnie na ganku. Tu stała ona, tu stał on — wyobrażał sobie. Kiedy kładł głowę na jej piersi, czuł wyraźnie pod uchem sztywny brzeg gorsetu, do którego go ona przyciskała — a on udawał, że mu z tym rozkosznie, chociaż właściwie było mu tylko niewygodnie. Rozkosznie mogło być — poprawił się — ale nie było. Prawym policzkiem dotykał jej spoconych piersi. A podczas tego zaznaczania przyjemności był tak obojętny, że mógł obserwować, jak po ścianie, w której tkwiła poręcz, spacerowała do góry duża stonoga.

Wśród sondowań swego rozczarowania puścił się tą samą drogą, którą odjechali goście — nie z tęsknoty, lecz aby wyjść do żniw. Potem zwrócił się na lewo i dróżką polną, okrążającą z daleka wzgórek, na którym był cmentarz, udał się do kosiarzy. Spotkał paru oficjalistów i wdał się z nimi w rozmowę, lecz nic do nagany nie znalazł. Potem miał zejść nad rzekę, gdzie budowano śluzy, lecz ponieważ droga wypadała pod cmentarz, mimo woli porzucił tę myśl i udał się w przeciwną stronę. Uszedłszy jednak paręset kroków, złapał siebie na gorącym uczynku małego tchórzostwa czy też unikania trudności i szybkim, zanadto pewnym krokiem wrócił. Kiedy już był na ulicy cmentarnej, zszedł na trawnik między groby, uchylił furtkę od ogrodzenia otaczającego grobowiec Angeliki i stanąwszy przed nim, czekał na wyrzuty sumienia.

Zając mu się wyrwał niemal spod stóp.

Wezwane nie przybywały, bo tylko on sam mógł być swoim nieprzyjacielem. Znajdował się pod zbyt jeszcze świeżym wrażeniem poprzednich wypadków: najpierw tego gwałtownego wyładowania elektrycznego, w które się rzucił na oślep jak w zimną wodę, potem gniewu i zniechęcenia. Nie było jeszcze miejsca na nowe przedstawienie w duszy. Przy silnie świecącym słońcu nie pozwolił sobie zaimponować „chłodowi wiejącemu z grobów”, lecz wyjąwszy ołówek, napisał na nagrobku datę tego dnia: 28 lipca 1... i słowa: Ego te non amo192.

Słowa te zdawały mu się wyrażać zarówno dobrze lekką skruchę, jak lekką naganę. Wyższa zabawka.

Tak załatwiwszy się z cmentarzem, poszedł ku rzece. Schodząc z góry, zobaczył jakąś postać siedzącą na jednej z poprzecznych belek śluzy, a ubraną w jasny słomkowy kapelusz z czerwonymi wstążkami. „Po co ten chłopak tu siedzi?” — myślał sobie Strumieński. „Siedzi zadumany, wpatrując się w wir pod śluzami, myśli Bóg wie o czym, a mógłby spaść”. Przyśpieszył kroku. „Chłopiec ten staje się coraz bardziej melancholijnym, wrodzony talent zaczyna się w nim burzyć kosztem dziecięctwa. Niechybnie moja to wina. Trzeba go już posłać...”. Tak mówił w myślach, a myślał w myślach, że trzeba go odesłać, bo chciał być teraz ze swoją nową sytuacją sam na sam. Wśród tych myślątek zbliżył się do śluzy, ale ukradkiem, żeby go nie przestraszyć. W końcu jednak zamiast Pawełka ujrzał na belce jakiegoś chłopaka wiejskiego łowiącego ryby na wędkę. Kapelusz z czerwonymi wstążkami, jak się pokazało, podarował mu dopiero co Pawełek i to dało powód do złudy.

Ta omyłka jednak nie uspokoiła Strumieńskiego, lecz, owszem, wzmogła w nim przykry stan niepewności. Nie chcąc myśleć o sobie, myślał o Pawełku, lecz i tu cofnął się. Dawniej, będąc w takim usposobieniu, pędził zawsze na pewien utarty, w górę, pod niebo wznoszący się szlak marzeń, teraz zawracał z drogi wyuczone myśli. Coś się zaczęło mścić na nim, zagmatwało mu się tam, jakby się „dusza” nabawiła niestrawności. Kiedy doszedł do domu, był już wieczór: księżyc wypłynął na niebo, zawiesił się tuż nad cmentarzem i otoczył go romantyczną aureolą zimnego światła, pochodzącego raczej... jakby... z promieniowania fosforu zawartego w kościach gnijących w ziemi trupów — ale cóż to szkodziło. Pogrążonemu w tym widoku Strumieńskiemu przypomniało się nagle, że na jednym nagrobku zostawił datę i napis. I to w miejscu tak wyraźnym, tak na pierwszy rzut oka widocznym! Ktokolwiek bądź (miał niejasno na myśli Olę) może go tam odczytać, i co sobie pomyśli? Po co było tej manifestacji z napisem? Żałował jej. Należało tam wrócić i wymazać ów napis kawałkiem kredy, choćby mu się to naprawianie swej zuchwałości miało wydawać dziecinnym i niedorzecznym. Nic przecież nie stało na przeszkodzie, żeby tam wrócił, choćby i dziś jeszcze, choćby zaraz, zanim — etc. Czyżby mu się... tylko nie chciało? Powietrze było ciepłe, okólnicy193 wracali z pól, tam gdzieś śpiewali czy śpiewały — byłaby to więc czynność, niemająca w sobie nic nadzwyczajnego. I widział wciąż w duchu siebie, jak pochylony lub klęczący przed nagrobkiem wymazuje litery, a to wyobrażenie tak natrętnie go podpędzało, że stawiał kroki, jakby szedł naprzeciw wiatru, wracał do domu.