108. mens sana in corpore sano (łac.) — w zdrowym ciele zdrowy duch. [przypis edytorski]
109. lubo (daw.) — chociaż. [przypis edytorski]
110. zwrot od jednego dualizmu do drugiego — [Komentarz autora z Uwag.] Temu przesunięciu się dualizmów wcale nie przypisuję znaczenia ewolucji ideowej; jest to tylko zmiana tematu rozmowy na rynku literackim, rozmowy, którą nie kierują najtęższe głowy. Są tzw. ewolucje umysłowe, które są nimi tylko dla tłumów. Dualistyczny szablon: „rozum-uczucie”, dziś u nas modny i dla wielu wygodny, jest w literaturze starym wynalazkiem. W epoce Goethego nazywał się: „naiwnością-sentymentalnością”. A jeszcze Hebbel na jednym miejscu w swych pismach skarży się: „(...) ten rozum, którym to się dziś tak skwapliwie pomiata, chociaż go nigdzie nie ma za dużo”. Widocznie pół wieku temu grasowały na świecie takie same banalności jak teraz, bo wszystkie tego rodzaju „idee” wciąż czekają u stołu i raz jedna, raz druga karmi się uwagą ludzi. W Pałubie nie idzie mi o dokładne pod względem historycznym określenie fluktuacji prądów umysłowych w Polsce, ale o punkty zetknięcia się ich z niższymi szablonami krążącymi tymczasem u dołu między ludźmi. Zresztą oficjalną historię tych prądów umysłowych u nas trudno nawet napisać, bo musi ona wciąż iść zygzakami, a posługiwać się insynuacją. Oto chaotyczna próbka. Schopenhauer (źródło ogólne, ale z patriotyzmu przemilczane) postawił dualizm: intelekt-wola, przyznając intelektowi piękniejszą rolę; lecz już Nietzsche obrócił kota ogonem. Ale Nietzsche podobno miał krew słowiańską w żyłach, Niecki, szlachcic: aha, więc nasz styl, styl, i tu skok do Krasińskiego, Słowackiego. Równolegle na wzór Francji imitacja przełamania nauki, realizmu, pary i elektryczności: wiwat fantazja, uczucie, pierwotność! Przybyszewski uzuchwala kobiece zabobony, filologia biblijna kwitnie, jest i skok do Rousseau’a: Niemojewski, K. Tetmajer (Słońce), W. Tetmajer kombinuje nadczłowieka z ludowością, Kisielewski wydrwiwa psychologiczne pocenia się Ibsena i wielbi wielką prostą sztukę Japończyków itd. Ale modernizm nie może wypowiedzieć ostatniego słowa i wyperswadować, że jest właściwie siłą (Szczepański, Staff), już go przekrzyczeli inni, hasło: „hajże na cywilizację!”, w imię którego modernizm zwyciężył, okazuje się obosiecznym, obraca się przeciw tzw. dekadentom. Ktoś zaczyna sobie przypominać, że to w domu umarłego dzieją się takie orgie, Wyspiański pluje w pysk nastrojom litość swoję, wszyscy przychodzimy z radością do przekonania, że jesteśmy zgnili: Gustaw-Konrad, Kordian, Anty-Hamlet, Cyrano, Zawisza Czarny. Zbierzchowski wita wschód słońca i modli się o siłę, Nowaczyński w Mieczyku kawiarnianym robi tajemny rachunek sumienia i uchyla głowę przed naszościami. Irzykowski... cóż to? Recydywa kierunku pozytywizmu! Reakcja! Ależ to są zapatrywania przedwczorajsze: ignorant... Tę bajkę urągającą chronologii można kilka razy inaczej opowiedzieć, bo każdy pisarz ma po kilka twarzy. Pierwotniaki, siłacze, subtelniaczki, górale, bramini: maskarada; wszystko niby spontaniczne, a wszystko ma w tajemnej ostatniej instancji korzenie, tj. filozoficzne uzasadnienie gdzieś za granicą. Mieszać się do tych sporów nie śni mi się tak samo, jak by mi się nie śniło mieszać do sporu dzieci, z których jedno utrzymuje, że oś ziemska zrobiona jest z drzewa, a drugie, że ze złota. Moim zdaniem, ci, którzy bronią różnych mód modernistycznych, i ci, co je zwalczają, właściwie zgadzają się z sobą, bo mają te same orientacje; podobnie jak np. Polacy, hakatyści i Rusini stoją teraz na tym samym poziomie orientacyjnym w kwestii narodowości i rasy. [przypis autorski]
111. ideę arystokratyzmu, jako reprezentanta siły — [Komentarz autora z Uwag.] Ciekawe to, że np. [w rozdziale I, we fragmencie: „Robert (...) siebie samego zaś miał za »naturę arystokratyczną«”, delikatną, trochę chorą”] występuje arystokratyzm jako słabość, u Strumieńskiego zaś mamy wahania: chcąc dostosować się do szablonu zdrowotnego, uważa, że zdegenerowanie Strumieńskich może się przerzuciło na niego ([rozdział VIII: „(...) pochodził bowiem z rodziców prostaków, którym nic nie miał do zarzucenia, ale może degeneracja Strumieńskich przerzuciła się na niego?”]), potem zaś uważa tę samą rodzinę za dobrą, starą rasę ([rozdz. VIII: „mógł siebie uważać za jeden z tych świeżych soków, którymi się zasila stara, dobra rasa”]). W jednym i drugim razie zawadza mu to, że nie jest ich synem. [przypis autorski]
112. beati possidentes (łac.) — szczęśliwi posiadacze. [przypis edytorski]
113. macher — oszust, kombinator. [przypis edytorski]
114. wadium — kwota składana do rąk osoby rozpisującej przetarg lub wpłacana do depozytu sądowego jako gwarancja, że oferent nie zmieni ani nie wycofa złożonej oferty. [przypis edytorski]
115. male parta (łac.) — źle nabyte. [przypis edytorski]
116. tzw. zło (...) ludzie wyobrażają sobie jak akt szczerej decyzji, na sposób Franciszka ze Zbójców, Jagona lub Ryszarda III — [Komentarz autora z Uwag.] Schopenhauer w Maksymach (sub [pod numerem] 29) między innymi tak pisze: „Natura nie postępuje tak jak poeci-partacze, którzy, mając przedstawić głupca lub łotra, biorą się do tego tak niezgrabnie, że niejako za każdą osobą widzi się autora, który ich zamysły i słowa wciąż dementuje i ostrzegającym głosem woła: »To jest łotr, to jest głupiec; nie wierzcie temu, co on mówi«. Przeciwnie, natura robi tak, jak Szekspir lub Goethe, w których dziełach każda osoba, choćby nawet szatan, ma słuszność, póki jest na scenie i przemawia; ponieważ skreślona jest tak obiektywnie, że mimo woli wciąga nas w koło swoich zamiarów i myśli i zmusza do sympatii; ponieważ tak jak wszystkie dzieła natury jest ona rozwinięciem pewnego wewnętrznego pierwiastka, wskutek czego jej czyny i słowa są naturalne, a więc i konieczne”. Tę prawdę powinno by się właściwie znać powszechnie i dziś nie ma takich poetów, o jakich tu Schopenhauer mówi. A jednak w potocznym życiu szafuje się ogólnikami: głupiec, idiota, łajdak, szuja itp. tak bezwzględnie i z takim przekonaniem, że dzieje się to chyba albo z lenistwa, albo dla własnego dobrobytu intelektualnego (patrz uwagę do [słów „do zwyczaju należało (...) pokpiwać sobie z arystokracji rodowej” w rozdziale VI]). [przypis autorski]
117. weredyk — osoba mówiąca prawdę bez względu na konsekwencje. [przypis edytorski]