Będzie to pomoc z dnia na dzień; — otarcie łez, ale nie usunięcie łez tych powodu! Więc otarte, znowu popłyną...!
W Anglii klęski niedoboru żniwa nie cenią według sumy na sprowadzenie zboża wydanéj, — ale według stósunku przywozu zamorskiego zboża do wywozu płodów przemysłu swego: owoców swéj pracy. Tam w takiéj dobie krzątają się wszyscy o pomnożenie wywozu, żeby w skarbie narodu zrównoważyć klęskę.
W roku głodu 1839 zapłaciła Anglia za zamorskie
zboże jedenaście milionów funtów szterlingów, na zażegnanie okropnego głodu 1854 roku dokupić musiała ziarna za 21 milionów; a przeto w dwójnasób więcej. Mimo to klęska 1854 nie kosztowała tam więcéj jak w roku 1839; — bo w roku tym Anglia przedała światu wyrobów swoich za 55 milionów funtów, — a zaś w roku 1854 za 97.
Słusznie też wołają ekonomiści z przerażeniem: „Na Boga, cóżby się było z Anglią stało, gdyby płacąc za chleb dla ludu 21 milionów, — nie mogła była 1854 roku wywieźć więcej towarów, jak 1839!” — Tak to tam liczą!
To nie pożyczka, — to zaliczka! Tam praca daje, praca oddaje!
Czemże my spłacimy zaliczkę, jeśli nie będziemy podobnej jak Anglicy liczby czynili?
Pojedyncze osoby zasilone od biedy nie zwrócą pożyczki, —
bo u nas bieda powszechna a dawna, bo u nas:
„...niemasz domu żadnego i żadnego męża
„Którego jarzmo długów wzdy nie uciemiężą.
„...W tym kale zanurzony, w letargu uśpiony
„Rzym wzruszyć, któryż sposób mógł być znaleziony?”