Hydrometryczne pomiary dla zniewodnienia bagien Żołokijskich wypracowano starannie już w roku 1820; a w dziesięć lat później bo 1830 roku poprawiać je musiał sprowadzony umyślnie z wiedeńskiéj politechniki profesor Purkinie; — a przecie dziś jeszcze nieprzejrzany okiem jest obszar bagien żołokijskich. Nieznamy całej ich przestrzeni i tylko przypadkiem ujrzeliśmy wykaz urzędowy, że spiętrzone groblami i zastawkami młynarskiemi wody Żołokii w jednej części tych bagnisk od Uhnowa po Krystonopol zalewają 10,000 morgów błogosławionej ziemi! — Tak tedy czterdzieści lat przeszło ważono, mierzono, pisano i niezdarnie spierano się ze złą wolą tamecznych młynarzów, aż przecie w roku 1857 energia hr. Gołuchowskiego otrząsła z pleśni gnuśności tę zatęchłą sprawę. Zajął on się także regulacyą Wiszni i pod umiejętnym kierunkiem inżyniera Kutschery osuszono i kulturze oddano niemal 2000 morgów ziemi, ale wszystkie te prace są dorywczą tylko łataniną starych błędów techniki i niezaradzą złemu, bo i tę niezaprzeczenie dobrą myśl i wolę poczciwą cięży stary u nas grzech: brak

odwagi do stanowczego kroku — nieodzownej, jedynie zbawiennej kanalizacyi porzeczysk Sanu i Bugu!

Jak szczerze uznajemy wielką zasługę hr. Gołuchowskiego, że wielką mydl obdarzenia kraju dobremi drogami z bezwzględną, — a w takich sprawach konieczną przeprowadził energią, — tak znowu żalu ukryć nie możemy, że sprawy dróg wodnych równie gorliwem nie objął uznaniem, czy też do przeprowadzenia zamiarów swoich nie znalazł energicznych i zdolnych wykonawców! Urzędowa Gazeta Lwowska w onym czasie bez ogródki wypisywała zdanie, oczywiście z góry sobie natchnione, że zniewodnienie bagnisk pod względem ważności sprawy tej dla kraju, nie może bynajmniej iść w porównanie z ważnością dróg bitych. Widać ztąd, że sprawę komunikacyj wodnych lekceważono wówczas nawet u góry. Aliści nie słusznie, bardzo niesłusznie! Jest ona trudniejszą, ale niemniej ważną! Korzyść bowiem z należytego zniewodnienia wspomnionych bagnisk byłaby dwojaka: raz, że osuszenie przestrzeni 450,000 morgów ziemi dziś zupełnie nieużytecznej — gdybyśmy po osuszeniu, — tylko po 40 fl. mórg cenili — zbogaciłoby majątek kraju o ośmnaście milionów guld. austr. — a powtóre, że gdyby przetór dla zniewodnienia bagnisk kopany uczyniono spławnym, jak to dawno uczynić należało, ważność jego jako drogi handlowej byłaby niezawodnie znakomitą i wróciłaby z lichwą wydatek

urządzenia. Przy dotychczasowym zaś systemie cząstkowego osuszania tych bagnisk, przedstawiają się one istnie jako bezdenne topiele, pochłaniające ogromne kapitały z bardzo małym lub wcale żadnym dla kraju pożytkiem.

Topieliska Zołokii nieudolnie poskromiło obniżenie zastawek młynarskich, aleby uskromiło stanowczo zupełne młynów onych usunięcie, do czego równeby kraj miał prawo, jak ma kolej żelazna do wywłaszczania wszelkich przedmiotów na wytkniętej drodze zawadzających. Marnie stracono summy na ćwierć mili kanału przy Wiszni w Przemyskiem w roku 1847 wydane, bo rów niezdarnie wybrany, piaski do szczętu zasnuły; — a sami wreszcie rządowi technicy dziś już uznają, że przetór Dniestru pod Hordynią przez lat 10 (1830 — 1840) mozolnie kopany, nie na wiele się przydał, choć 100,000 flor. kosztował.

Zasadnieby się wziąć do rzeczy należało! Główne źródło złego upatrujemy w Dniestrze i jego dzikich dopływach. Leniwy prąd Dniestru dólnego w Podolskiej równinie nieodpowiada bystrości górskich dopływów Strwiąża, Bystrzycy i dzikiego Stryju, w górny Dniestr, — zwłaszcza pod prostym kątem wpadających; więc też zapora, jaką dopływy te spotykają w łożu Dniestru, zrządza nieustannie wylewy i zatopy obrzeżnej przestrzeni; a Wisznia od północnego stoku Chyrowskiego działu, krętemi wyrwami pogórza od Chyrowa ku

Lwowu w licznych garbach rozsiadłego, mozolnie przedzierająca się do Sanu za Radymnem, po każdem wezbraniu wody, rozpławiać się musi po nizinnych polach, i coraz szerzej podtapia gębczasty czarnoziem onej okolicy. Dla tego to niemyślimy bynajmniej projektu naszego przystrajać szumnym frazesem o połączeniu Czarnego morza z Bałtyckiem; — ale poprostu miejscowy tylko mając na oku interes, radzimy w archiwach Namiestnictwa lwowskiego z 70-letniego prochu odgrzebać projekt inżyniera Grossa, by Dniestr przez Wisznię spławnym kanałem połączyć ze Sanem; w drugim zaś kierunku radzimy od Dniestru korytem Weresznicy i Pełtwi bić kanał do Bugu. O tym kanale nie pomyślał jeszcze żaden austryjacki inżynier, ale mamy to z kronik, że sprowadzony z Francyi inżynier Wilhelm le Vasseur de Beauplan już w XVII wieka gorąco go Władysławowi IV zalecał. Gdyby jeszcze ujścia Stryju i Złotej Lipy przekopami, pod ostrym kątem do Dniestru zwiedziono, wyżej wspomnione dwa kanały odprowadzając wody Strwiąża i górnego Dniestru do Sanu i Bugu, osuszyłyby niewątpliwie cały obszar zabagnionej ziemi, a żyznym ziemiom: Samborskiej, Przemyskiej i Żółkiewskiej dałyby skarb nieoceniony taniej a wygodnej drogi handlowej. Byleby też Sejm zdobył się na odwagę, a rząd po szerokim świecie zdolnych poszukał inżynierów, tobyśmy prędzej na tych kanałach, niż

na marudnym Dniestrze ujrzeli pożyteczny ruch statków parowych!

Godziłoby się już przecie wziąść na uwagę, że Galicya, jako kraj podgórski, z kilkuset źródlisk z wnętrza Karpat wyłonionych, w całej swojej przestrzeni tylu rzekami i rzeczkami zalewana, dwa morza wodami swojemi bogaci, a sama z tych wód żadnego nie ma pożytku! Czyliż pomimo piętrzących się potrzeb i wymagań czasu, mimo postępu nauk technicznych, — poglądając z zachwyceniem na srebrzyste wstęgi przeczystych wód naszych, zawsze z westchnieniem żalu wymawiać im będziem: Sic vos non vobis? —

A wszakżeż to nie takie straszne rzeczy, jak się na pozór wydaje! Sprawienie jednej mili drogi żelaznej kosztuje pół miliona guldenów; — przywykliśmy już uważać to za słuszną cenę i setną już taką milę budują nam w kraju, i jeszcze więcej ich żądamy; a przecie kanał ani 1/5 by nie kosztował. Nie żałujmyż go tym zaściankom ziemi naszej, które go mieć mogą, mieć powinny, — a dróg żelaznych mieć nigdy nie będą.