We mnie mieni się przestrzeń,

wirują: śluz, ślina, sine

krople z sutków. To się chyba nazywa uśmiech losu.

Pojawił się wreszcie na twarzy, prysnął w okulary.

I zapach, smak tego, co się dzieje.

Jak młode zboże rozgryzane wolno.

Szum wokół nas; z gołębi, obłoków,

z płatków sadzy i skóry. Jesteśmy

jak niecierpliwe pukanie dzieci,

odwołane lekcje nieznośnej gramatyki.