Produkty będą na przyszłość wymieniane w dokładnym stosunku do czasu pracy potrzebnej do ich wytworzenia. Bez względu na stosunek podaży do popytu wymiana towarów ma się odbywać tak, jak gdyby wytwarzane one były odpowiednio do zapotrzebowania. Niech Proudhon sformułuje i przeprowadzi takie prawo — a my się zgodzimy. Ale jeżeli przeciwnie, chce on dowieść swej teorii nie jako prawodawca, lecz jako ekonomista, wtedy powinien by wykazać, że niezbędny do wytworzenia towaru czas dokładnie podaje stopień jego użyteczności, a nadto wskazuje jego stosunek proporcjonalności do popytu, a tym samym do ogółu społecznego bogactwa. W takim przypadku, gdy produkt sprzedaje się po cenie równej kosztom produkcji, popyt i podaż się wyrównają, gdyż koszty produkcji są uważane za wyraz prawdziwego stosunku między podażą a popytem.
Doprawdy, p. Proudhon poszukuje dowodu, że niezbędny do wytworzenia pewnego towaru czas pracy wyraża zarazem też jego prawdziwy stosunek do potrzeb, tak że przedmioty, których produkcja pochłania najmniej czasu, są użyteczne w najbardziej bezpośredni sposób, i tak krok za krokiem dalej. Już goły fakt produkcji przedmiotów zbytku dowodzi, zdaniem tej doktryny, że społeczeństwo ma zbywający czas, który pozwala mu na zadowalanie potrzeb zbytku.
Dowodów na to twierdzenie wyszukuje p. Proudhon w spostrzeżeniu, że wytworzenie najużyteczniejszych przedmiotów kosztuje najmniej czasu, że społeczeństwo zaczyna zawsze od najłatwiejszych gałęzi przemysłu i stopniowo „zabiera się do produkcji przedmiotów kosztujących więcej pracy i odpowiadających potrzebom wyższym”.
Proudhon zapożycza od p. Dunoyera78 przykłady pierwotnego przemysłu — zbierania, pasterstwa, polowania, rybołówstwa — tego przemysłu, który stanowi najprostszą i najmniej kosztowną produkcję i od którego człowiek zaczął „pierwszy dzień swego wtórego stworzenia” (wyd. I, str. 78). Pierwszy zaś dzień jego pierwszego stworzenia opowiedziany jest w Genesis79, przedstawiającej Boga jako pierwszego przemysłowca na świecie.
Rzeczy mają się jednak zupełnie inaczej, niż sądzi p. Proudhon. Od zarania cywilizacji produkcja zaczyna się opierać na antagonizmie grup, stanów, klas, jednym słowem na antagonizmie między pracą nagromadzoną a bezpośrednią. Bez antagonizmów nie ma postępu — oto prawo, które po dziś dzień przyświecało cywilizacji. Po dziś dzień siły wytwórcze rozwijały się dzięki takiemu panowaniu antagonizmów klasowych. Twierdzić obecnie, że ludzie dlatego mogli oddawać się wytwarzaniu produktów wyższego rzędu, bardziej skomplikowanym rzemiosłom, ponieważ wszystkie potrzeby wszystkich robotników były zaspokojone — jest to zupełnie zaprzeczać antagonizmom klasowym i pojmować na opak cały rozwój historyczny. To tak, jak gdybyśmy chcieli zapewniać, że za cesarzy rzymskich hodowano mureny80 w sztucznych stawach, więc cała ludność rzymska mogła karmić się obficie; tymczasem przeciwnie: lud rzymski nie miał za co kupić chleba, zaś arystokracja rzymska miała aż tylu niewolników, że karmiła nimi mureny.
Cena środków spożywczych prawie ciągle wzrastała, chociaż cena przedmiotów zbytku i wyrobów rzemiosła wciąż spadała. Weźmy np. tylko rolnictwo: przedmioty najkonieczniejsze, jak mięso, zboże itd. rosną w cenie, tymczasem tkaniny bawełniane, cukier, kawa i inne spadają w zaskakującym stopniu. A nawet wśród właściwych artykułów spożywczych przedmioty zbytku, jak szparagi, kalafiory i inne są stosunkowo tańsze od środków spożywczych pierwszej potrzeby. W naszych czasach łatwiej wytwarzać rzeczy niepotrzebne niż niezbędne. Wreszcie, w różnych epokach historycznych wzajemne stosunki cen są nie tylko różne, lecz przeciwstawne. Przez całe średniowiecze produkty rolne były stosunkowo tańsze od produktów rzemiosła; w czasach nowożytnych spostrzegamy stosunek odwrotny. Czy to oznacza, że użyteczność produktów rolnych od średniowiecza się zmniejszyła?
Używanie produktów zależy od stosunków społecznych, w których znajdują się spożywcy, te zaś opierają się na antagonizmach klasowych.
Tkaniny bawełniane, ziemniaki i wódka są przedmiotami najpowszechniej używanymi. Ziemniaki zrodziły skrofuły81; tkaniny bawełniane w wielkiej mierze wyrugowały sukno i płótno, mimo że wełna i len w wielu przypadkach są o wiele pożyteczniejsze, choćby pod względem higienicznym. Wreszcie wódka wzięła górę nad piwem i winem, chociaż jako substancja odżywcza powszechnie uchodzi za truciznę. Przez całe stulecia rządy bezskutecznie walczyły przeciw temu europejskiemu opium: ekonomia zwyciężyła i podyktowała swe prawa spożyciu.
Dlaczego jednak tkaniny bawełniane, ziemniaki i wódka stanowią oś, wokół której obraca się społeczeństwo mieszczańskie? Ponieważ do ich wytworzenia potrzeba najmniej pracy i wskutek tego mają najniższą cenę. Dlaczego minimum ceny decyduje o maksimum spożycia? Czy może z powodu bezwzględnej użyteczności tych przedmiotów, z powodu właściwej im użyteczności, z powodu tego, że w najlepszy sposób zaspokajają potrzeby robotnika jako człowieka, a nie człowieka jako robotnika? Bynajmniej — lecz dlatego, że społeczeństwie w opartym na nędzy właśnie produkty najnędzniejsze z konieczności mają ten przywilej, że służą na użytek największej liczbie ludzi.
Twierdzić, że ponieważ najtańsze przedmioty są najwięcej używane, więc muszą być zarazem najużyteczniejsze, jest to twierdzić, że tak rozpowszechnione z powodu nieznacznych kosztów produkcji użycie wódki jest najwymowniejszym dowodem jej użyteczności, jest to wmawiać w proletariusza, że ziemniak jest dla niego zdrowszy niż mięso, jest to uświęcać obecny porządek rzeczy, jest to wreszcie, nie zrozumiawszy społeczeństwa, wychwalać go pod niebiosy.