„Jest pewnikiem ogólnie przyjętym przez ekonomistów, że każda praca musi pozostawiać pewną nadwyżkę. To twierdzenie uważam za bezwzględnie i powszechnie prawdziwe; stanowi ono uzupełnienie prawa proporcjonalności, które możemy rozpatrywać jako kwintesencję całej wiedzy ekonomicznej. Niech mi jednak ekonomiści wybaczą, ale zasada, że każda praca powinna pozostawiać pewną nadwyżkę, jest w ich teorii pozbawiona sensu i nie może być dowiedziona” (Proudhon).

By dowieść, że wszelka praca musi dawać pewną nadwyżkę, p. Proudhon stara się spersonifikować społeczeństwo, czyni z niego jedną osobę-społeczeństwo; społeczeństwo zgoła nie złożone z osób, gdyż ma ono swoje szczególne prawa, niemające nic wspólnego z osobami, z których składa się społeczeństwo; społeczeństwo, które posiada swój „własny rozum”, niebędący rozumem zwykłego śmiertelnika, lecz rozumem odmiennym od zwykłego rozumu. P. Proudhon wyrzuca ekonomistom, że nie pojęli osobowości tej zbiorowej istoty. Z niezmierną przyjemnością przytoczymy mu następujące zdanie pewnego amerykańskiego ekonomisty, zarzucającego innym ekonomistom wadę wprost przeciwną: „Istocie moralnej (the moral entity), bytowi gramatycznemu (the grammatical being) zwanemu społeczeństwem przypisano własności istniejące jedynie w wyobraźni tych ludzi, którzy ze słowa uczynili rzecz... To wywołało wiele trudności i opłakanych błędów w dziedzinie ekonomii politycznej” (Th. Cooper, Lectures on the Elements of Political Economy, Columbia 1826).

„Ta zasada nadwyżki pracy jest prawdą w stosunku do jednostek tylko dlatego, gdyż pochodzi od społeczeństwa, które w ten sposób pozwala im korzystać z dobrodziejstw swych własnych praw”.

Czy p. Proudhon chce przez to powiedzieć tylko tyle, że produkcja jednostki w społeczeństwie przewyższa produkcję jednostki izolowanej? Czy ma on na myśli tę nadwyżkę produkcji jednostek współdziałających nad produkcją jednostek niewspółdziałających? Jeżeli tak, to możemy mu zacytować setkę ekonomistów, którzy wypowiedzieli tę prostą prawdę, nie uciekając się do tej tajemniczości, jaką się osłania p. Proudhon. Tak np. Sadler powiada:

„Wspólna praca daje rezultaty, jakich nigdy nie może dać praca indywidualna. W miarę więc jak ludzkość rośnie w liczbę, produkty zjednoczonej pracy będą znacznie przewyższać tę sumę, która powstałaby z prostego dodawania ilości pracy wykonanej przez pojedyncze osoby... Zarówno w przemyśle, jak i na polu naukowym jeden człowiek może obecnie zrobić więcej w jeden dzień niż samotna jednostka przez całe swe życie. Pewnik matematyczny, że całość równa się sumie swych części, jest fałszywy w zastosowaniu do naszego przedmiotu. Odnośnie do pracy, tej podstawy ludzkiego bytu, można powiedzieć, iż produkt zrzeszonych wysiłków o wiele przewyższa wszystko to, co mogłyby zdziałać odosobnione wysiłki oddzielnych jednostek” (Th. Sadler, The law of population, Londyn 1830).

Powróćmy do p. Proudhona. Nadwyżka pracy — powiada on — znajduje swe wyjaśnienie w osobie-społeczeństwie. Życiem tej osoby rządzą prawa przeczące tym prawom, które rządzą działaniami człowieka jako jednostki; chce on to wykazać za pomocą „faktów”:

„Wynalezienie jakiejś nowej metody działania w gospodarce nigdy nie może przynieść wynalazcy takich samych korzyści, jakie przynosi społeczeństwu... Zauważono, że przedsiębiorstwa kolei żelaznych stanowią dla przedsiębiorców mniejsze źródło dochodu niż dla państwa... Przeciętna cena transportu towarów wozami konnymi wynosi 18 centymów91 od tony na kilometr, łącznie z załadunkiem i wyładunkiem. Wyliczono, że przy takiej cenie zwykłe przedsiębiorstwo kolejowe nie przyniosłoby nawet 10% czystego zysku — rezultat mniej więcej ten sam, co w zwykłym przedsiębiorstwie przewozu wozami. Ale przypuśćmy, że prędkość transportu koleją ma się do prędkości przewozu wozami jak 4 do 1. Wtedy, ponieważ w społeczeństwie czas również jest wartością, to wobec jednakowych cen przewozowych kolej będzie 400 procent zyskowniejsza od transportu wozowego. Tymczasem ten olbrzymi zysk, bardzo realny dla społeczeństwa, zgoła nie realizuje się w takim samym stopniu dla przedsiębiorców kolejowych, nieotrzymujących nawet 10 procent, choć przynoszą oni społeczeństwu korzyść 400 procent. Przypuśćmy, by rzecz stała się jeszcze wyraźniejsza, że kolej żelazna ustala swoją taryfę na 25 centymów, podczas gdy przewóz wozami pozostaje na 18 centymach; wtedy kolej straci wszystkie zamówienia. Wysyłający i odbierający, jednym słowem wszyscy powrócą do dawnych sposobów przewozu; lokomotywa zostanie porzucona, publiczny 400-procentowy zysk zostaje poświęcony na ołtarzu 35-procentowej straty prywatnej. Przyczynę tego łatwo pojąć: zysk wynikający z prędkości przewozu koleją jest czysto społeczny, a każda jednostka uczestniczy w nim w bardzo małym stopniu (nie zapominajmy, że w tej chwili chodzi nam tylko o przewóz towarów), podczas gdy strata dotyka spożywcę bezpośrednio i osobiście. Jeżeli społeczeństwo składa się z miliona osób, wtedy społeczny zysk równy 400 dla jednostki przedstawia jedynie zysk równy 4/10000, podczas gdy 33-procentowa strata dla każdego spożywcy każe przypuszczać deficyt społeczny w wysokości 33 milionów” (Proudhon, I, str. 100, 101).

Uszłoby jeszcze, że p. Proudhon poczwórną prędkość wyraża za pomocą 400 procent pierwotnej; lecz zestawiać ze sobą procenty prędkości i procenty zysku i ustalać proporcję pomiędzy dwoma stosunkami, które choć każdy oddzielnie można policzyć w procentach, lecz ze sobą są niewspółmierne — znaczy to ustanawiać proporcję między samymi procentami, zupełnie nie tykając się samych rzeczy.

Procenty są zawsze tylko procentami, 10 procent i 400 procent są współmierne, mają się do siebie jak 10 do 400; stąd wnioskuje p. Proudhon, że 10-procentowy zysk ma wartość 40 razy mniejszą niż poczwórna prędkość. By zachować pozory, powiada, że dla społeczeństwa czas jest wartością. Błąd ten stąd wynika, że p. Proudhon niejasno przypomina sobie, że istnieje jakiś stosunek między wartością a czasem pracy, więc czym prędzej przyrównuje czas pracy do czasu przewozu, tj. utożsamia palaczy, maszynistów itp., których czas pracy to rzeczywiście czas transportu, z całym społeczeństwem. Natychmiast więc prędkość stała się kapitałem i w ten sposób słusznie może powiedzieć: „400-procentowy zysk zostaje poświęcony na ołtarzu 33-procentowej straty”. Ustanowiwszy to zadziwiające twierdzenie jako matematyk, wyjaśnia je następnie jako ekonomista.

„Jeżeli społeczeństwo składa się z miliona osób, wtedy społeczny zysk równy 400 dla jednostki przedstawia jedynie zysk równy 4/10000”. Zgoda; ale tu chodzi nie o 400, lecz o 400 procent, a zysk 400 procent to dla jednostki właśnie 400 procent — ani mniej, ani więcej. Bez względu na wielkość kapitału dywidendę zawsze policzy się w stosunku 400-procentowym. A cóż robi p. Proudhon? Przyjmuje procenty za kapitał i, obawiając się chyba, że jego pogmatwanie sprawy nie jest jeszcze dość „zrozumiałe”, jasne, powiada dalej: