Siła wytwórcza sprzeczności, które działają i każą p. Proudhonowi działać, jest tak wielka, iż chcąc wytłumaczyć historię, zmuszony jest jej zaprzeczyć, iż chcąc wytłumaczyć kolejne pojawianie się stosunków społecznych, zaprzecza, aby cokolwiek mogło się pojawiać, iż chcąc wytłumaczyć produkcję ze wszystkimi jej fazami, zaprzecza, aby cokolwiek mogło być wytwarzane.

I tak dla p. Proudhona nie istnieje ani historia, ani następstwo myśli, a jednak jego książka wciąż istnieje, i ona właśnie jest, według jego wyrażenia, „historią według kolejności idei”. Jak odnaleźć formułę — bo p. Proudhon jest człowiekiem formuł — która pozwala jednym susem przeskoczyć wszystkie te sprzeczności?

W tym celu wynalazł on nowy rozum, który nie jest ani rozumem absolutnym, czystym i dziewiczym, ani też zwykłym rozumem ludzi czynnych i działających w różnych wiekach, ale rozumem szczególnym, rozumem społeczeństwa-osoby, podmiotu-ludzkości, który pod piórem p. Proudhona występuje czasami także jako „geniusz społeczny”, „rozum powszechny” i w końcu jako „rozum rodzaju ludzkiego”. Ten rozum, przystrojony tyloma nazwami, zdradza się jednak co chwila jako indywidualny rozum p. Proudhona ze swoimi dobrymi i złymi stronami, ze swymi antidotami i zadaniami.

„Rozum ludzki nie stwarza prawdy”, ukrytej w głębokościach absolutnego, wiecznego rozumu. Może ją tylko odkryć. Ale prawdy dotąd odkryte są niezupełne, niewystarczające, a zatem i sprzeczne. Kategorie ekonomiczne, które są prawdami odkrytymi, odsłoniętymi przez rozum ludzki, przez geniusz społeczny, są również niezupełne i noszą w sobie zarodek sprzeczności. Przed p. Proudhonem geniusz społeczny widział tylko przeciwstawne sobie żywioły, a nie syntetyczną formułę, ukryte, tak żywioły, jak i formuła, jednocześnie w absolutnym rozumie. A ponieważ stosunki ekonomiczne urzeczywistniają na ziemi te niewystarczające prawdy, te niezupełne kategorie, te sprzeczne pojęcia, zatem są sprzeczne same w sobie, posiadają dwie strony, złą i dobrą.

Odkryć prawdę zupełną, pojęcie w całej pełni, formułę syntetyczną, która by zniosła antynomię — oto zadanie geniusza społecznego. To nam także tłumaczy, dlaczego w iluzji p. Proudhona tenże geniusz społeczny był popychany od jednej kategorii do drugiej i nie mógł, mimo całej baterii kategorii, wyrwać Bogu, absolutnemu rozumowi, żadnej formuły syntetycznej.

„Najpierw społeczeństwo (geniusz społeczny) ustanawia pierwszy fakt, pierwszą hipotezę... prawdziwą antynomię, której przeciwne sobie rezultaty rozwijają się w ekonomii politycznej w taki sam sposób, w jaki wnioski z tej antynomii mogły być wyprowadzone w rozumie; tak, że ruch przemysłowy, postępując we wszystkim za dedukcją idei, dzieli się na dwa kierunki, jeden — skutków pożytecznych, drugi — szkodliwych... Aby harmonijnie ukonstytuować tę dwustronną zasadę i aby rozwiązać tę antynomię, społeczeństwo tworzy drugą, za nią trzecią, i taka będzie droga geniuszu społecznego, dopóki nie wyczerpią się wszystkie jego sprzeczności — przypuszczam, ale to nie jest dowiedzione, że sprzeczność w ludzkości będzie miała swój kres — i geniusz powróci jednym skokiem do swoich dawnych założeń i rozwiąże w jednej formule wszystkie swoje zadania” (t. I, str. 135).

Jak przedtem antyteza przemieniła się w antidotum, tak teraz teza staje się hipotezą. Ta zmiana wyrażeń u p. Proudhona już nas nie zadziwia. Rozum ludzki, bynajmniej nie czysty, lecz ograniczony bardzo ciasnym widnokręgiem, spotyka na każdym kroku nowe zadanie do rozwiązania. Każda nowa teza, którą odkrywa w absolutnym rozumie i która jest przeczeniem pierwszej tezy, staje się dla niego syntezą, którą przyjmuje naiwnie jako rozwiązanie danego zadania. Tak to męczy się ten rozum w ciągle nowych sprzecznościach, dopóki nie znajdzie się u ich końca i nie spostrzeże, że wszystkie jego tezy i syntezy są tylko sprzecznymi hipotezami. W swoim zakłopotaniu „rozum ludzki, geniusz społeczny jednym skokiem powraca do swoich dawnych założeń i jedną formułą rozwiązuje wszystkie swe zadania”. Ta jedyna formułka, powiedzmy mimochodem, stanowi prawdziwe odkrycie p. Proudhona. Jest nią wartość ukonstytuowana.

Hipotezy stawia się tylko w pewnym określonym celu. Celem, który sobie postawił na pierwszym miejscu geniusz społeczny, przemawiający przez usta p. Proudhona, jest usunięcie zła z każdej kategorii ekonomicznej, a zachowanie jej stron dodatnich. Dla niego dobrem, najwyższym dobrem, prawdziwie praktycznym celem jest równość. A dlaczego geniusz społeczny przekłada równość nad nierówność, braterstwo, katolicyzm albo jakąś inną zasadę? Ponieważ „ludzkość urzeczywistniła jedną po drugiej tyle oddzielnych hipotez, mając na widoku jedną, najwyższą hipotezę”, a tą jest właśnie równość. Innymi słowy: dlatego że równość jest ideałem p. Proudhona. Wyobraża on sobie, że podział pracy, kredyt, warsztat, że wszystkie ekonomiczne stosunki zostały wynalezione tylko w tym celu, aby przynieść korzyść równości, a jednak ostatecznie przynosiły jej zawsze szkodę. Ponieważ historia i fikcja p. Proudhona sobie przeczą, z tego on wnioskuje, że jest sprzeczność. Jeżeli jest tu sprzeczność, tylko między jego idée fixe100 a rzeczywistym ruchem historycznym.

Odtąd dobrą stroną ekonomicznego stosunku jest ta, która umacnia równość, złą zaś ta, która jej przeczy, a umacnia nierówność. Każda nowa kategoria jest hipotezą geniusza społecznego wytworzoną w celu usunięcia nierówności zrodzonej przez poprzednią hipotezę. Jednym słowem, równość jest pierwotną intencją, mistycznym dążeniem, opatrznościowym celem, który geniusz społeczny ma ciągle przed oczami, obracając się w kółku sprzeczności ekonomicznych. Tak więc Opatrzność jest lokomotywą, która porusza szybciej bagaż ekonomiczny p. Proudhona niż jego czysty i lotny rozum. P. Proudhon poświęcił Opatrzności cały rozdział, następujący po rozdziale o podatkach.

Opatrzność, cel opatrznościowy — oto wielkie słowo, którym się posługują dzisiaj dla wytłumaczenia biegu historii. W rzeczywistości nic ono nie tłumaczy. Jest to co najwyżej forma deklamatorska, sposób, jak wiele innych, omawiania faktów.