— Otóż i stary Ropuch! Wiwat! — zawołał Kret z rozpromienionym pyszczkiem. — Jak to dobrze, że wróciłeś! — I zaczął tańczyć wokoło Ropucha. — Ani nam się śniło, że tak prędko powrócisz. Musiałeś chyba uciec, ty mądry, zręczny, inteligentny Ropuchu!
Zaniepokojony Szczur trącił Kreta łokciem, ale było już za późno. Ropuch już puszył się i nadymał.
— Mądry? Wcale nie — powiedział. — Zdaniem moich przyjaciół nie jestem wcale mądry. Ja tylko wyrwałem się z najgroźniejszego więzienia Anglii, ale to nic; opanowałem pociąg i tym pociągiem uciekłem, ale to nic; przebiegłem w przebraniu szmat kraju, wywodząc wszystkich w pole, ale to nic. O, nie! Nie jestem mądry! Jestem głupi osioł, tak, tak. Opowiem ci parę moich przygód, Krecie, to sam osądzisz.
— Doskonale — rzekł Kret, kierując się w stronę stołu zastawionego kolacją. — Możesz mówić, a ja będę jadł. Od śniadania nie miałem nic w ustach.
Usiadł i nałożył sobie solidną porcję zimnej sztufady i pikli.
Ropuch rozciągnął się na dywanie przed kominkiem, sięgnął łapą do kieszeni od spodni i wyciągnął garść srebra.
— Spójrz! — zawołał pokazując pieniądze — to chyba niezły zarobek za kilkominutową pracę? A jak ty myślisz, Krecie? Jakim sposobem zdobyłem te pieniądze? Na handlu końmi! Na tym zrobiłem pieniądze!
— Mów dalej, Ropuchu — rzekł Kret z wielkim zainteresowaniem.
— Ropuchu, proszę cię, siedź cicho — powiedział Szczur. — A ty, Krecie, nie podjudzaj go, przecież wiesz, jaki on jest. Powiedz lepiej, co tam słychać i co mamy przedsięwziąć teraz, kiedy Ropuch nareszcie wrócił.
— Bardzo źle słychać, jak najgorzej — odpowiedział Kret markotnie. — A co przedsięwziąć? Niech mnie dunder świśnie, jeśli wiem. Obaj z Borsukiem obchodziliśmy wkoło Ropuszy Dwór we dnie i w nocy i wciąż jest to samo: wszędzie straże, wymierzone karabiny, kamienie, którymi w nas rzucają. Zawsze jakieś zwierzę czuwa, a kiedy nas zobaczy, śmieje się do rozpuku. I to mnie najbardziej irytuje.