Szczur rozejrzał się wkoło.

— Rozumiem — rzekł. — Skończyło się już wiosłowanie. Ropuch się znudził i porzucił łódki. Ciekaw jestem, jaki nowy bzik go opanował. No, chodźmy go poszukać. I tak się o tym zaraz dowiemy.

Wyskoczyli na brzeg i ruszyli na przełaj przez łąkę porośniętą kwiatami szukać Ropucha. Wkrótce go znaleźli. Siedział w trzcinowym fotelu, miał zafrasowany pyszczek, a na jego kolanach rozpościerała się ogromna mapa.

— Wiwat! — wykrzyknął, zrywając się na ich widok. — Świetnie, żeście przyszli!

Uściskał serdecznie łapki obydwu zwierzątek, nie czekając, aż Szczur przedstawi mu Kreta.

— Jak to poczciwie z waszej strony — ciągnął dalej, skacząc wokół nich. — Miałem właśnie wysłać łódkę po ciebie, Szczurku, z surowym rozkazem, aby cię tu natychmiast dostawiono, żywego czy umarłego. Bardzo mi jesteś potrzebny. Obaj jesteście mi potrzebni. Czy chcecie coś zjeść lub napić się? Chodźmy do domu coś przekąsić. Nie macie pojęcia, jak dobrze się składa, żeście przyjechali!

— Posiedzimy sobie tutaj spokojnie, Ropuszku — rzekł Szczur, rzucając się na fotel.

Kret zasiadł obok niego i grzecznie pochwalił „rozkoszną siedzibę” Ropucha.

— Najpiękniejszy dwór na całym Wybrzeżu! — wykrzyknął skwapliwie Ropuch. — A nawet powiem więcej: na całym świecie!

Tu Szczur trącił Kreta. Na nieszczęście Ropuch zauważył ten ruch i zaczerwienił się. Zapanowała kłopotliwa cisza, po czym Ropuch wybuchnął śmiechem.