— Przestańże już robić z siebie osła, Ropuchu! — wykrzyknął Kret z rozpaczą.

— I pomyśleć, że ja nie wiedziałem — ciągnął rozmarzony Ropuch monotonnym głosem. — Zmarnowałem całe dotychczasowe życie! Nie wiedziałem, ani mi się nawet śniło! Ale teraz, kiedy już wiem, kiedy sobie jasno zdaję sprawę, droga usiana kwiatami leży przede mną! Tumany kurzu wzniosą się za mną, gdy pomknę beztrosko w dal! Ile ja wozów wpędzę od niechcenia do rowu na szlaku mego wspaniałego pędu! Wstrętne wózki, prymitywne wozy, wozy kanarkowego koloru!

— Co z nim zrobić? — spytał Kret Szczura.

— Nic — odparł Szczur stanowczym głosem. — Bo nie ma na to żadnej rady. Ja go znam od dawna: szał go opętał. Ma nowego bzika, a w pierwszym okresie nowego bzika jest zawsze taki. To potrwa dość długo, przez szereg dni będzie zupełnie niezdolny do jakichkolwiek praktycznych zajęć, niby zwierzę pogrążone w błogim śnie. Bóg z nim! Chodźmy zobaczyć, jak się przedstawia sprawa wozu.

Po starannym zbadaniu doszli do przekonania, że nawet gdyby im się udało we dwójkę podnieść wóz, nie byłby i tak zdolny do dalszego użytku. Osie były w beznadziejnym stanie, a koło, które odpadło, rozsypało się w kawałki.

Szczur zarzucił lejce na grzbiet konia, związał je i ujął szkapę przy pysku. W drugiej ręce niósł klatkę z jej zdenerwowanym mieszkańcem.

— Chodź — rzekł ponuro do Kreta. — Do najbliższego miasteczka mamy pięć czy sześć mil, musimy przebyć je pieszo. Im prędzej puścimy się w drogę, tym lepiej.

— Ale co będzie z Ropuchem? — spytał niespokojnie Kret, gdy wyruszyli. — Nie możemy zostawić go samego na środku szosy w tym podnieceniu. A nuż nadjedzie jeszcze jeden Stwór?

— A, bierz licho Ropucha! — rzekł Szczur ze złością. — Mam go już dość!

Ale nie uszli daleko, kiedy posłyszeli tupot i zadyszany Ropuch, wciąż jeszcze wpatrzony w dal, ujął ich obu pod ramię.