Biedny Kret z rozdartym sercem stał samotnie na drodze, a gdzieś głęboko w jego wnętrzu wzbierało gorzkie łkanie. Czuł, iż wkrótce wybuchnie niepohamowanym płaczem. Lecz jego wierność dla przyjaciela wytrzymała tę ciężką próbę. Ani mu przez myśl nie przeszło, że mógłby Szczura opuścić. A tymczasem fale płynące z dawno opuszczonego domu prosiły, szeptały, zaklinały, a wreszcie zaczęły żądać. W ich zaczarowanym kole Kret nie śmiał się dłużej ociągać. Z wysiłkiem, od którego niemal pękało mu serce, spuścił łebek i podążył posłusznie śladem Szczura. A tym czasem słabe, łagodne zapachy drażniły mu wytrwale nozdrza, wyrzucając mu nową przyjaźń i obojętną, zimną niepamięć.
Z trudem dogonił Szczura, który nic nie podejrzewając, zaczął paplać wesoło o tym, co zrobią po powrocie, o kłodach wesoło płonących na kominku w salonie, o kolacji, jaką ma zamiar przyrządzić. Nie zauważył milczenia towarzysza ani rozpaczliwego stanu jego ducha. Wreszcie, gdy już uszli spory kawał i mijali pnie na skraju zagajnika obok drogi, Szczur stanął i rzekł dobrotliwie:
— Mój stary Krecie, wyglądasz na śmiertelnie zmęczonego. Milczysz i powłóczysz łapkami, jakby były z ołowiu. Siądźmy tu i odpocznijmy chwilę. Śniegu dotąd nie ma, a odbyliśmy już lwią część drogi.
Kret opadł smętnie na pieniek, usiłując zapanować nad sobą, czuł bowiem, że łkanie, z którym walczył tak długo, nie da się przezwyciężyć. Podchodziło do gardła, torowało sobie drogę na świat, aż wreszcie biedny Kret dał za wygraną, rozpłakał się otwarcie i bezradnie, teraz, kiedy wiedział, że utracił coś, czego właściwie nie odnalazł.
Szczur, zdumiony i przerażony tym gwałtownym wybuchem żałości, nie śmiał przez chwilę się odzywać, wreszcie powiedział spokojnie i ze współczuciem:
— Co ci jest, kochany? Co się stało? Powiedz mi, jakie masz zmartwienie, może będę mógł coś na nie poradzić.
Biedny Kret z trudem zdołał cośkolwiek wykrztusić wśród łkań, które raz po raz wzbierały w jego piersi, powstrzymując i dławiąc słowa.
— Ja wiem, że to... licha... mroczna chatka — wyjąkał wreszcie urywanym głosem — nie taka... jak twój wygodny domek... albo Ropuszy Dwór... lub obszerne mieszkanie Borsuka... Ale to był mój własny domek... przywiązałem się do niego... i rzuciłem go, i zupełnie o nim zapomniałem... i nagle go wywęszyłem... tam, na drodze, kiedy wołałem ciebie, a ty nie chciałeś się zatrzymać, Szczurku!... Wszystko nagle... w jednym mgnieniu... przypomniało mi się... i zatęskniłem do domu... O rety! Rety!... A kiedy ty, Szczurku, nie chciałeś zawrócić... kiedy musiałem opuścić swój dom, mimo że go wciąż jeszcze czułem... myślałem, że mi serce pęknie!... Mogliśmy przecie zajść i spojrzeć na niego, Szczurku!... rzucić jedno jedyne spojrzenie... byliśmy bliziutko!... Ale ty nie chciałeś zawrócić, Szczurku, nie chciałeś! O mój Boże, mój Boże!
Wspomnienia wywołały nowe fale bólu i szlochanie wzmogło się, uniemożliwiając Kretowi dalsze słowa.
Szczur patrzył przed siebie i klepał Kreta łagodnie po ramieniu. Po pewnym czasie mruknął ponuro: