— Idę na Południe razem ze wszystkimi — szepnął Szczur sennym i monotonnym głosem, nie patrząc na Kreta. — Najpierw w stronę morza, a potem na statek i do wybrzeży, które mnie wzywają.

Parł zdecydowanie naprzód, nie śpieszył się, lecz trzymał się z uporem swego zamierzenia. Kret, przestraszony nie na żarty, stanął przed nim, a zajrzawszy mu w oczy zobaczył, że były szkliste, zacięte, a przy tym zmieniły barwę: stały się szare i prążkowane. Nie były to ślepki jego przyjaciela, tylko jakiegoś innego zwierzęcia! Siłą wciągnął Szczura do nory, powalił go i przytrzymał.

Szczur walczył rozpaczliwie jakiś czas, a potem jakby go siły opuściły, leżał cicho, wyczerpany i drżący, z zamkniętymi oczami. Po chwili Kret pomógł mu wstać i usiąść na krześle, na które Szczur opadł skulony. Jego ciałem wstrząsały silne dreszcze, które z czasem przeszły w histeryczne, suche łkanie. Kret zaryglował drzwi, torbę wrzucił do szuflady, a szufladę zamknął i usiadł na stole obok przyjaciela, czekając, aż minie ten niezwykły atak. Stopniowo Szczur pogrążył się w niespokojną drzemkę, przerywaną drgawkami i bezładnym szeptem o rzeczach dziwnych, niepojętych i obcych dla niewtajemniczonego Kreta. Wreszcie zapadł w głęboki sen.

Kret, bardzo niespokojny, opuścił Szczura na jakiś czas, aby zająć się swymi domowymi sprawami. Był już mrok, kiedy wrócił do salonu. Przyjaciela zastał tam, gdzie go zostawił. Szczur nie spał już, lecz był milczący, obojętny i przygnębiony. Kret rzucił szybkie spojrzenie na jego oczy, zobaczył z radością, że patrzą znów jasno i są jak dawniej ciemnobrązowe. Usiadł więc obok niego, usiłując go pocieszyć i dopomóc w wyjaśnieniu, co mu się przydarzyło.

Biedny Szczur starał się najlepiej, jak potrafił, opowiedzieć wszystko, lecz czyż słowa zdołają wyrazić coś, co było nieuchwytnym wrażeniem? Jak wywołać niesamowity głos morza, który mu śpiewał? Jak odtworzyć magię wspomnień o przeżyciach marynarzy? Nawet on sam, teraz gdy czar prysł i znikła ułuda, znajdował z trudem wytłumaczenie dla tego, co zdawało mu się przed kilku godzinami rzeczą jedyną i konieczną. Nic więc dziwnego, że nie potrafił przedstawić Kretowi jasno, co tego dnia przeżył.

Kret widział tylko jedno: atak minął i Szczur wyzdrowiał, choć był wstrząśnięty i zmęczony. Zdawało się, że stracił chwilowo wszelkie zainteresowanie sprawami, z których składało się jego codzienne życie, przestały go także zajmować miłe przewidywania tego, co przyniosą nadchodzące dni, nie obchodziły go czynności, które pociąga za sobą odmienna pora roku.

Kret z udaną obojętnością, jakby od niechcenia, skierował rozmowę na żniwa będące w toku, na wysoko naładowane wozy i pracujące z natężeniem zaprzęgi, na coraz to liczniejsze sterty i na wielki księżyc, który wstaje nad pustymi polami, gdzie pozostały okrągłe ślady zwiezionych kopek. Mówił o czerwieniejących wszędzie wokoło jabłkach, o brązowiejących orzechach, o powidłach i konserwach, o przygotowywaniu krzepiących napojów i w ten sposób doszedł do środka zimy, do jej serdecznej wesołości i zacisznego życia domowego, a wówczas wpadł po prostu w ton liryczny.

Szczur wyprostował się pomału i zaczął brać udział w rozmowie. Jego tępe oczy rozjaśniły się i straciły wyraz obojętności.

Po chwili taktowny Kret znikł niepostrzeżenie i wrócił z ołówkiem i kilkoma arkusikami papieru, które położył na stole pod łapką przyjaciela.

— Już bardzo dawno nie pisałeś wierszy — zauważył. — Mógłbyś spróbować dziś wieczorem zamiast... no... zamiast wciąż medytować nad tym wszystkim. Zdaje mi się, że ci ulży, gdy coś naszkicujesz, znajdź choćby tylko rymy.