Wiatr szumiał w gałęziach, zbierały się chmury. Przez chwilę gapiłem się na papier, potem złożyłem go i włożyłem w kieszeń. Pochłodniało, a ja byłem bez kamizelki. Zapiąłem surdut23 aż pod brodę, schowałem ręce do kieszeni, wstałem i ruszyłem przed się.

O, gdybyż mi się było choć tym razem powiodło! Niejednokrotnie już gospodyni pytała mnie oczyma o czynsz, ja zaś musiałem kulić się i przemykać z pozdrowieniem zakłopotania. Postanowiłem, że tego już nie uczynię i za następnym takim spojrzeniem uczciwie wypowiem mieszkanie i zrobię rachunek. Nie sposób było żyć tak dalej.

U wylotu parku zobaczyłem starego karzełka, którego wściekłością zmusiłem do ucieczki. Mistyczny pakiet leżał rozłożony szeroko. Zawierał sporo różnorakich przekąsek, a starzec pożerał je chciwie. Chciałem przystąpić i przeprosić za moje zachowanie, ale odtrącił mnie jego sposób jedzenia. Chude palce niby szpony ściskały tłuste kęsy. Uczułem nudności i minąłem go bez słowa. Nie poznał mnie i chociaż wlepił we mnie twarde, rogowate oczy, na jego twarzy nie zjawił się żaden wyraz.

Ruszyłem dalej.

Z nawyku stawałem przed rozlepionymi dziennikami, szukając wolnych posad, i natrafiłem szczęściem na coś stosownego. Pewien kupiec w dzielnicy Groenlandsleru poszukiwał człowieka, który by prowadził mu księgi przez parę godzin dziennie. Wynagrodzenie wedle umowy. Zanotowałem adres, pomodliłem się cicho do Boga, by mi dał to zajęcie, i uradziłem z sobą, iż ugodzę się na niższą od innych zapłatę. Gotów byłem przyjąć pięćdziesiąt öre... czterdzieści nawet... wedle okoliczności.

W pokoju zastałem na stole kartkę od gospodyni, w której prosiła, bym zapłacił komorne zaległe i następne z góry albo wyniósł się co prędzej. W zakończeniu przepraszała za to niezbędne życzenie i podpisała: „Z całą przychylnością, Mme24 Gundersen”.

Napisałem podanie do kupca Christi w Groenlandslerze nr 31, włożyłem w kopertę i zaniosłem do skrzynki na rogu ulicy. Potem wróciłem do stancji, siadłem w krześle biegunowym i przy coraz gęstszym mroku zacząłem dumać nad tym, że coraz mi trudniej utrzymać się na powierzchni.

Zbudziłem się o świcie. Gdym rozwarł oczy, było jeszcze ciemno i po dobrej chwili dopiero usłyszałem pięć uderzeń zegara w mieszkaniu ponad sobą. Chciałem zasnąć, ale nie mogłem, leżałem tedy, rozmyślając nad różnymi rzeczami.

Nagle wpadło mi parę dobrych zdań zdatnych do felietonu czy szkicu. Były to wprost mistrzowskie powiedzenia, jakich nie udało mi się dotąd znaleźć. Leżałem, powtarzając słowa, czując ich wartość. Po chwili zjawiło się ich więcej. Rozbudzony całkiem sięgnąłem po papier i ołówek, leżący na stole za łóżkiem. Jakby żyła złotonośna otwarła się nagle we mnie, toczyły się wyrazy, szeregowały, grupowały, stwarzały sytuacje, sceny jedne po drugich, rosła treść, jawiły się dialogi, a duszę mą przejęła błogość niewysłowiona. Pisałem jak opętany stronę po stronie bez przerwy, a zalew myśli był tak obfity, że musiałem pomijać mnóstwo szczegółów, nie mogąc ich zanotować dość szybko, mimo że pracowałem całą parą. Pisałem jakby pod przymusem, czując pełnię treści, a wyrazy przychodziły kędyś spoza mnie.

Szczęście to trwało długo i zanim ustało, miałem piętnaście czy dwadzieścia kartek bitego pisma. Odłożyłem ołówek. Jeśli naprawdę rzecz miała wartość, byłem ocalony. Wyskoczyłem z łóżka i ubrałem się. Rozjaśniło się tak, że mogłem już odczytać ogłoszenia dyrekcji latarni portowej przy drzwiach, zaś pod oknem tyle już było światła, że mogłem uporządkować notatki i przepisać je na czysto.