Już minęła czwarta! Pospieszyłem rączo ku miastu. Redaktor pewnie był od dawna i teraz właśnie odszedł. Szedłem, a raczej biegłem, potykałem się, uderzałem o pojazdy, mijałem spacerujących, szedłem w zawody z końmi, słowem, spieszyłem się jak szalony, by zdążyć na czas. Wskoczyłem w bramę, w czterech susach przebyłem schody i zapukałem.
Nikt nie odpowiedział.
Już poszedł. Już go nie ma! — pomyślałem. Nacisnąłem klamkę — drzwi nie były zamknięte, zapukałem tedy ponownie i wszedłem.
Redaktor siedział przy stole, obrócony do okna, z piórem w ręku sposobiąc się do pisania. Posłyszawszy przywitanie, wyrzucone z zadyszanych piersi, obrócił głowę, potrząsnął nią i rzekł:
— Nie miałem dotąd czasu na przeczytanie pańskiego szkicu.
Uradowany, że go jeszcze nie odrzucił, odparłem:
— Oczywiście, doskonale to rozumiem. Zresztą rzecz nie jest pilna. Przyjdę za parę dni... A może...
— Zobaczę. Zresztą mam wszakże pański adres.
Zapomniałem powiedzieć, że nie posiadam już adresu.
Audiencja była skończona, skłoniłem się i wyszedłem rozpłomieniony nową nadzieją. Nic nie było jeszcze stracone, przeciwnie, otwarły się szanse powodzenia. Mózg mój zaczął na nowo roić o wielkiej, niebiańskiej naradzie, która powzięła uchwałę, że mam wygrać, wygrać całych dziesięć koron za felieton.