— Od wczoraj nic nie miałem w ustach... — powiedział. — Nie posiadam ani öre9, a nie mogłem też dostać pracy.
— Czyś pan rękodzielnik?
— Tak, jestem iglarz.
— Co?
— Iglarz. Zresztą umiem też robić buty.
— To co innego! — zawołałem. — Proszę tu zaczekać parę minut. Postaram się panu o pieniądze, o kilka öre.
Szybko przebiegłem Pilestraede, gdzie, jak wiedziałem, na pierwszym piętrze mieszkał jeden Żyd, pożyczający na zastaw. Wszedłszy do bramy, ściągnąłem pospiesznie kamizelkę, zwinąłem, wsadziłem pod pachę, ruszyłem na schody i zapukałem. Potem skłoniłem się i rzuciłem kamizelkę na stół.
— Półtorej korony! — rzekł lichwiarz.
— Dobrze, dziękuję. Gdyby nie to, że przyciasna, nie rozstawałbym się z nią.
Otrzymałem pieniądze i kwit i wróciłem na miejsce. Pomysł z kamizelką był istotnie wyśmienity. Dostałem mnóstwo pieniędzy na śniadanie, a do wieczora mogłem skończyć traktat o zbrodniach przyszłości. Od razu życie wydało mi się weselsze i pospieszyłem do kulasa, by się go pozbyć.