Głód żarł mi kiszki, ja zaś patrzyłem na tulejkę pełną, zda się, srebrnych monet i wmawiałem w siebie, że tak jest w istocie. Doprowadziłem do tego, iż siedząc wyprostowany, starałem się odgadnąć kwotę. Jeśli zgadnę, myślałem... będzie moja. Wyobraziłem sobie, że na dnie leżą małe monety dziesięcioörowe, na wierzchu zaś grube, rowkowane po brzegach korony. Cała tulejka pieniędzy! Patrzyłem, wybałuszając oczy, i podmawiałem się sam, by iść i skraść ją.

Nagle policjant zakaszlał, ja zaś, o dziwo, uczyniłem to samo. Wstałem i zakaszlałem trzy razy, tak by usłyszał. Gdy się zbliży, niezawodnie chwyci co prędzej tulejkę. Radowałem się naprzód z figla, zacierałem ręce i kląłem pod nosem siarczyście. Ładną pewnie zrobi minę ten drań. Niechże go diabli porwą na samo dno piekła po tym figlu! Głód upoił mnie, zataczałem się po prostu.

W parę minut później nadszedł policjant, stukając podkówkami po bruku i rozglądając się wokoło. Ruchy miał powolne, bowiem cała noc była przed nim. Zobaczył tulejkę, dopiero stanąwszy nad nią. Stanął i patrzył, wydała mu się cenna... może zawierała małą sumkę?... Podniósł... Hm... lekka... bardzo lekka... Może zawierała kosztowne pióro czy ozdobę do kapelusza?... Otwarł ją ostrożnie wielkimi rękami i zajrzał do środka, ja zaś śmiałem się, bijąc się po kolanach, śmiałem jak szalony. Ale z gardła nie dobył się ani jeden dźwięk, śmiech mój był cichy, hektyczny i przypominał spazm łkania...

Zadudniło znowu po bruku, policjant zwrócił się ku placowi Kolejowemu, ja zaś siedziałem z oczyma pełnymi łez i dyszałem ciężko, porwany gorączką wesołości. Zacząłem głośno mówić, opowiadałem sobie sam o tulejce, naśladowałem ruchy biednego policjanta, patrzyłem we własną próżną dłoń i powtarzałem po kilka razy, jak to kaszlał, odrzucając tulejkę! Do tych słów dodawałem inne, opatrywałem je podniecającymi epitetami, przekręcałem zdania i zaostrzałem ich znaczenie. Zakaszlał: khe... khe... khe... śmiałem się.

Wysilałem się na przeróżne warianty i wesołość moja ustała dopiero po długim czasie. Potem zapadłem w miły bezwład senny, któremu nie stawiałem oporu. Ciemność zgęstniała, lekki wiatr wzburzył perlistą toń morza. Okręty o masztach rysujących się na niebie przybrały wygląd czarnych potworów, stroszących sierść i czyhających na mnie. Nie bolało mnie nic, głód przycichł, zamiast tego uczułem miłą pustkę, nie doznawałem wrażeń, rad, że mnie nikt nie widzi. Położyłem nogi na ławce, w tej pozycji delektując się najlepiej poczuciem osamotnienia. Umysłu nie przysłaniała mi żadna chmurka, żadna dolegliwość, żadna chętka ni pożądanie. Leżałem z otwartymi oczyma, nie czując samego siebie, daleki wszystkiemu i szczęśliwy.

Nie przeszkadzał mi żaden ton. Łagodna ciemność skryła świat przed mymi oczyma i pogrzebała w pełnym ukojeniu. W uszach szumiała mi tylko monotonnie cisza. Czułem, że gdy spłynie głęboka noc, potwory owe wessą mnie w siebie i poniosą morzem do dalekich krajów, gdzie nie ma ludzi. Zawiozą mnie do zamku księżniczki Ylajali, gdzie mnie otoczy wspaniałość, jakiej nikt jeszcze dotąd nie znał. Ona będzie siedziała w błyszczącej sali, gdzie wszystko będzie z ametystów, na tronie pokrytym żółtymi różami, poda mi, gdy wejdę, dłoń i powita jako rycerza przybywającego do jej państwa. Gdy uklęknę, wyzna, iż szukała mnie od lat dwudziestu, przyzywając do siebie każdej nocy księżycowej, płacząc, gdym był smutny, i podszeptując mi sny cudowne, gdym zasypiał... Ujmie mą dłoń i powiedzie krużgankami pełnymi wiwatujących ludzi, przez śliczne ogrody, gdzie będzie igrać i śmiać się trzysta pięknych dziewcząt, i doprowadzi do innej sali, gdzie wszystko będzie zrobione z połyskującego szmaragdu. Słońce zalewa krużganki rozbrzmiewające chóralnym śpiewem, fala woni płynie ku mnie, trzymam jej dłoń w swojej dłoni, czuję rozkosz czaru w krwi, otaczam ją ramieniem, a ona szepcze: „Nie tu, chodźmy dalej”. Docieramy do czerwonej sali, gdzie wszystko jest rubinem i upojeniem, w którym tonę. Czuję jej ramię na szyi, jej oddech na mojej twarzy szepcze: „Witaj mi, ukochany... całuj mnie... jeszcze... jeszcze...”.

Widzę z mej ławki gwiazdy przed oczyma, a myśli pędzą kędyś w huraganie światłości. Zapadłem w sen, z którego zbudził mnie nagle policjant. Siedziałem, przywołany niemiłosiernie do życia i nędzy. Zdziwiłem się zrazu głupkowato, że oto siedzę pod gołym niebem, potem jednak ogarnął mnie smutek i żal, iż jeszcze żyję. Deszcz spadł podczas mego snu, przemokłem na wskroś i czułem ostry chłód w członkach. Ciemność tak się zwiększyła, że z trudnością mogłem dostrzec stojącego przede mną policjanta.

— Taaak! — powiedział. — Wstańże pan...

Podniosłem się niezwłocznie, byłbym również usłuchał, gdyby mi się kazał położyć. Byłem przygnębiony, bezsilny, a w dodatku odczułem zaraz głód.

— Niechże pan zaczeka, głupcze jeden!... — zawołał za mną policjant. — Zostawił pan kapelusz... Taaak... teraz może pan iść...