I Osiełek, zwijając swoje biedne członki w kontorsjach164 straszliwej choroby, wybiegł na ulicę.

Dopiero teraz mógł poważnie pomyśleć o noktambulicznym ataku. Przede wszystkim urżnął się w austerii165 pewnej, której właściciel był zajadłym konkurentem Kalwusa i wysyłał co noc na niego zbirów z ogromnymi nożami. Pił całą godzinę oparty o barierę szynkwasu, głaskał się w uda, kiwał cylindrem i przy ostatnim kieliszku zrobiło mu się tak jasno, jakby mu w sercu zakwitła konstelacja zwana od astronomów166 Grzywą Centaura.

Wyszedł, nie płacąc rachunku. Pozwalały mu na to: cylinder i podstawa ambasadora. Idąc ulicą, rozglądał się na wszystkie strony, wywijał laseczką, stawiał drobne, frywolne kroki, aż mówiły przechodzące panie:

— Ten pan przechadza się z właściwą sobie dezynwolturą.

Osiełek zdradza Epifanię z Hildegardą w Wieży Lunatyków

Wreszcie po półgodzinnym marszu stanął pod Wieżą Lunatyków. A była to wieża pięćset sążni167 wysoka, z wewnątrz i z zewnątrz oklejona ogłoszeniami astrologa Wulkana, na których znakomity akuszer trzepoce brwiami na portrecie wykonanym sangwiną168.

Na pierwszym piętrze kwitły nasturcje w zielonych korytkach, hodowane białą dłonią córki kustosza wieży, a ta była piękna bardzo.

Osiełek zadarł głowę do góry i zaśpiewał, przytrzymując cylinder:

— Panno Hildegardo169!

Otworzyło się okienko, zatrzepotała dłoń rozsuwająca firankę — biała jak synogarlica.