— Więc kto ma jechać? — zapytał drwiąco pan Olszowski.
— Ja! — zagrzmiała triumfalnie babcia. — Nikt, tylko ja! Ja nie dam zginąć dziewczynie.
— Doskonale — zaśmiał się pan Olszowski. — Kłopot tylko w tym, że babcia nie umie po francusku.
— Powiedział, co wiedział! — rzekła pani Tańska z niesłychanym ogromem pogardy. — Więc cóż z tego, że nie umiem? Po chińsku też nie umiem, a gadałam z Chińczykiem i rozumieliśmy się doskonale.
— Gdzież to babcia gadała z Chińczykiem?
— Tu, w tym miejscu. Przyszedł taki Kitajec319, który sprzedaje kościane figurki i różnych bożków z gołym brzuchem, bardzo śmieszna kreatura. Przez pół godziny gadaliśmy sobie na migi i wytargowałam jakiegoś chińskiego małpiszona za połowę ceny. Chciałabym widzieć w Paryżu takiego, co by mnie ocyganił!
— Ależ babcia ma osiemdziesiąt lat! — śmiał się pan Olszowski.
— Tylko człowiek źle wychowany liczy lata kobiecie. Przede wszystkim nie mam osiemdziesięciu lat, bo mi brakuje siedmiu dni, a następnie pozwolę sobie powiedzieć, że nie wiadomo jeszcze, kto ma bardziej zgarbione plecy, czy ja czy taki, co krzywo siedzi przy biurku. Domyślasz się chyba, o kim mówię?
Pani Tańska była bliska wielkiego gniewu, gdyż wyjazd ukochanej Basi przyprawił ją o rozdrażnienie. Z jawną pogardą przyjęła do wiadomości, że jednak pojedzie z Basią pan Olszowski.
— Jeśli z tego nie będzie nieszczęścia — rzekła opryskliwie — to dlatego tylko, że Bóg czuwa nad pijakami i takimi, co są niespełna rozumu i piszą książki.