Serce w niej zamarło na moment, gdy pan Olszowski powiedział do niej wzruszonym głosem:

— Basieńko, jutro pojedziemy do Hawru353.

— Ojciec?

— Tak. Pan Dimauriac jedzie z nami. Dobry człowiek.

Dzień był jakiś zły i jadowity. Wiatr zamiatał morze i tłamsił wodę — czarną i zbełtaną 354w gniewnym rozruchu.

— Boję się — szepnęła Basia do pana Olszowskiego.

— Czego, drogie dziecko?

— Spotkania... Nie pozna mnie... Nie widział mnie tyle, tyle lat... Ale ja go poznam... Nie wiem, jak wygląda, a jednak go poznam.

— Odwagi, panno Barbaro! — mówił gorąco Dimauriac.

Okręt, zdyszany, ciężko robiący bokami355, zdrożony356 potwór, właził do portu ostrożnie, jakby z namysłem. Przylgnął do kamiennego brzegu i dyszał.