— Nie tak, najdroższy wujaszku! Powiedz raczej: „Niech będzie zdrów”.
— O tak, o tak! — rzekł Olszowski, gorąco całując jej skłopotaną głowę.
W cichym, portowym miasteczku — starym gnieździe pirackim — Basia osiadła ze swoim biednym „dzieckiem”. Ze współczującym zdumieniem patrzono tam, jak codziennie rano płowa, cudzoziemska dziewczyna prowadzi pod rękę dziwnego, milczącego człowieka. Prześliczna miejscowość obwiedziona jest murem, tak szerokim i potężnym, że mogą się na nim minąć dwa wozy. Mur ten jest doskonałą drogą, która wije się nad wodą o zielonym połysku. Morze jest tu huczne, szturmujące przypływami. Brzeg usiany głazami odsłania się podczas odpływu tak, że suchą nogą można przejść daleko. Zielona radość wałęsa się po tej szmaragdowej fali i oznajmia swą obecność krzykiem mew. O porannej i wieczornej godzinie fale nadciągają z daleka i śpiewają uroczyste hymny na cześć poety Chateaubrianda361, który ze swojego grobu na wyniosłej górze słucha muzyki wód.
Siwy człowiek, którego dusza ulotniła się, siadał na zrębie muru, a obok niego dziewczyna z chłopięcą twarzą. Kładła rękę na jego dłoni i mówiła cichutkim głosem:
— To morze.
Potem, gdy mewa rozdzierającym wrzaskiem chciała przekrzyczeć szum wody, dodawała:
— To jest ptak.
Siwy człowiek nasłuchiwał w milczeniu. Czasem spojrzał na nią jakby pytającym wzrokiem, a ona, ze zmartwiałym ze wzruszenia sercem, patrzyła w jego nieruchome oczy, jak gdyby chcąc w nich wyczytać bezradne pytanie. Raz do niej przemówił. Słowa były miękkie i okrągłe, lecz niezrozumiałe — jak gdyby szczebiotało dziecko. Nie bał się jej i niekiedy zdawało się, że szuka jej oczami.
Po kilku dniach sam ujął rękę dziewczyny i skierował się na schody, wiodące na gościniec362 muru. Słuchał chciwie szumu morza, zwróciwszy twarz ku słońcu.
— To jest słońce — uczyła Basia niemowlęcą duszę.