Chłopcy ucichli na moment i nastawili uszu.
— Jakież to imiona, panie burmistrzu? — zapytała matka.
— Gerwazy i Protazy! — rzekł głośno burmistrz.
— Śliczne imiona! — zawołała uszczęśliwiona matka. — Ale czy im się podobają? Robaczki moje, czy chcecie mieć tak na imię? Boże miły, teraz znowu się śmieją!
— I znowu ze mnie! — krzyknął burmistrz. — Ha! Ja się znowu obrażam! Nazywajcie ich sobie, jak chcecie, a najlepiej będzie: Gałgan i Urwis!
Wszyscy zaczęli uspokajać czcigodną osobę, a tymczasem piekarz, który miał dziwną zdolność mówienia wierszami, zapytał nieśmiało, czyby tych miłych chłopaczków nie nazwać wesoło, i ponieważ są tak podobni, czyby ich nie nazwać do rymu: Jacek i Placek?
Wszyscy spojrzeli na chłopaków, a oni porozumiewawczo spojrzeli na siebie, musiały im się podobać te śmieszne imiona, bo nie zaprotestowali swoim zwyczajem straszliwym wrzaskiem.
Chrzest odbył się nad podziw spokojnie, bo staruszek ksiądz miał głos pełen słodyczy i taką anielską dobroć w oczach, że te urwisy nie śmiały z wielkiego szacunku ani pisnąć. Ochrzcił ich, chociaż nigdy nie było świętego Placka, ale mógł być, jeśli był, święty Jacek.
Jednak ten dzień nie skończył się szczęśliwie, bo najdziwniejsza awantura wybuchła dopiero potem. Ponieważ nawet w Zapiecku chrzciny obchodzono zawsze uroczyście, więc i rodzice, choć biedni ludzie, przygotowali na tę uroczystość winną polewkę. Dymiła ona w wielkiej misie na stole, tuż obok łóżka, na którym leżeli Jacek i Placek, rodzice zaś oczekiwali dostojnych gości na progu domku.
Kiedy się już wszyscy zjawili, oczekując na wspaniały poczęstunek, matka nagle krzyknęła z rozpaczy. Polewkę ktoś wypił. Nikogo nie było w izbie, a jednak ktoś ją wypił.